Good Old Days – hardcore to punk, punk to hardcore

Pin It

Ekipa z Torunia, Good Old Days, istnieje na scenie ponad 10 lat. Chłopaki pamiętają jeszcze stare dobre czasy polskiej sceny hardcore/punk, kiedy nie była ona tak podzielona jak dziś. Jak udało im się przetrwać tyle lat na scenie? Opowiadają Wiktor, udzielający się na basie oraz wokalista Zwierzak, który jest związany z kapelą od początku jej istnienia, a od niedawna prowadzi też studio tatuażu w Toruniu – Till Death Tattoo.


Istniejecie już ponad dekadę. Good old days są już za czy może wciąż przed wami?
Wiktor:
Na dzień dzisiejszy można odnieść wrażenie, że good old days już za nami. Coraz ciężej zebrać na próbie cały skład, gramy mało koncertów, nowy materiał też powstaje bardzo powoli. Mam jednak cały czas nadzieję, że nabierzemy ponownie wiatru w żagle i że to co najlepsze dopiero przed nami. Najważniejsze to nie dać się pokonać prozie dnia codziennego i ciągle iść do przodu. Czasem wolniej, czasem szybciej, ale zawsze do przodu.
Zwierzak: A moim zdaniem good old days jest w trakcie. Cokolwiek by to znaczyło… Faktycznie nasza aktywność na scenie nieco przygasła, ale jeszcze nie powiedzieliśmy dość i nadal chcemy grać. Może rzeczywistość codziennego dnia trochę przytłacza nasz bandowy zapał, jednak płomień wciąż płonie.

Przez 12 lat nagraliście dwie płyty, nie licząc splitów. Ostatnia ma zaledwie 14 minut. To bardzo mało jak na tyle lat istnienia. Brakuje wam weny czy czasu?
Wiktor: Na pewno przez ten czas można było nagrać więcej, ale uważam, że nie ma co robić na siłę kawałków, kiedy brakuje weny czy jakiejś iskry do tworzenia. Lepiej nagrać rzadziej kilka piosenek niż puszczać w obieg coś, z czego byśmy byli niezadowoleni.
Wiadomo też, że nie jesteśmy i nigdy nie będziemy „full time” bandem. Mamy inne priorytety w życiu i granie w zespole jest tylko przyjemnym dodatkiem, pomagającym się odstresować i oderwać od rzeczywistości. Dlatego też czasem nie udaje się poświęcić kapeli tyle czasu, ile by się chciało.
Tych nagrań wcale nie było jednak tak mało. Dorobiliśmy się w końcu dwóch demówek (pierwsze demo wyszło na kasecie i rozeszło się w około 700 egzemplarzach, ale to były jeszcze inne czasy), trzech splitów, jednego mini albumu i jednego długograja. Według mnie to całkiem pokaźny dorobek, zważywszy na to, że przez te 12 lat zespół nie grał ciągle z jednakową intensywnością. Zdarzały się przerwy w funkcjonowaniu, zmiany w składzie…
Zwierzak: Mieliśmy nawet kilkuletnie zastoje w działalności związane głównie z brakami w składzie. Poza tym, kto powiedział, że kapela musi mieć tyle i tyle płyt na koncie, zagrać tyle i tyle koncertów. Porównując naszą działalność do kapel zza wielkiej wody rzeczywiście wypadamy blado pod względem wydanych płyt, ale na naszym podwórku wcale nie jest aż tak źle.

Dużo zmian personalnych miało chyba wpływ na muzykę?
Wiktor:
Tych zmian nie było tak wiele. Gdzieś od 2005 roku gramy w praktycznie takim samym składzie. Jedynie przez ostatni rok naszego perkusistę Maria zastępował Kaczmar z Preshrunka. Wiadomo, że każda zmiana odbija się na stylu zespołu. Każdy wnosi coś swojego do całokształtu grupy. Własne inspiracje, styl gry, brzmienie.
Zwierzak: Wiktor nie gra od początku, wiec nie wie, ile zmian było wcześniej i jak to zmieniło moją początkową wizję kapeli country w jakiś hardcore!
Wiadomo w jakiej stylistyce gramy i nowi muzycy od początku musieli to zaakceptować. Jak ktoś próbował się za bardzo wychylać w innym kierunku, zostawał zawczasu pouczony.

Wolicie nagrywać splity z innymi kapelami czy własne longplay’e?
Zwierzak:
Płyta to płyta, a split to split. Nie uważam, abyśmy woleli wydawać splity z innymi kapelami niż longplay`e. Wydając splity, robiliśmy to z kapelami, z którymi dobrze się znaliśmy. Nie było w tym nic przypadkowego. Wszystko było przemyślane przez obydwie strony i owocowało wspólna płytą.

A kiedy możemy się spodziewać pełnego nowego materiału? Macie już na niego jakiś pomysł?
Wiktor:
Coś tam tworzymy, ale materiał powstaje powoli. Fajnie by było nagrać i wydać kolejnego longplaya w niezbyt odległej przyszłości. Ciężko jednak mówić dziś o konkretnej dacie.
Zwierzak: Od wydania ostatniego materiału dopadł nas kolejny przestój związany z doktoratem perkmana Maria. I tak rok 2010 uleciał i nic ciekawego nie stworzyliśmy. Ale jak wspomniał Wiktor, nie jesteśmy „full time” bandem i nie mamy ciśnienia na nagrywanie co roku nowej płyty.

Wiecie już kto będzie wydawcą nowego materiału?
Wiktor:
Ciężko mówić o wydawcy, kiedy nie ma jeszcze materiału na płytę. Ale mam nadzieję, że jak uda nam się coś nagrać, to pewien sympatyczny krakus będzie dalej zainteresowany współpracą z naszym zespołem.
Zwierzak: W Polsce nie ma chyba innej opcji niż Spook Records. Spooky trzyma w ryzach cała polską scenę hc i chwała mu za to. Wiem, że nigdy nie jest idealnie, ale jak na nasze warunki Spooky bardzo dobrze działa. Mimo że wiele osób wygaduje na niego różne rzeczy, należy mu się szacunek. Mało komu chciałoby się prowadzić taką „charytatywną” działalność.

GALERIA: GOOD OLD DAYS – ZESPÓŁ I TATUAŻE

Gracie typowego old schoola. Jest on dla was najlepszy do tego, co chcecie wyrazić w muzyce? Zamierzacie jakoś „unowocześnić”, zmieniać swoją muzykę?
Wiktor:
Good Old Days z założenia ma być zespołem grającym old school hc. Czasem gramy ciężej, czasem bardziej melodyjnie, ale old school chyba już zawsze będzie punktem wyjścia dla naszej muzyki. Nie ma więc co się spodziewać jakichś większych zmian czy „unowocześnień”.
Zwierzak: Dokładnie. Good Old Days gra cały czas muzę w tym samym klimacie i raczej nic nie będziemy zmieniać. Nawet nie bardzo wiem, co by tu można unowocześnić. W muzyce hc wszystko już chyba zostało powiedziane i wielkiej rewolucji już nie będzie. Jedynie co można zmieniać to kwestie techniczne – brzmienie, instrumenty, nagrania.

Ze swoją muzyką dotarliście do Stanów Zjednoczonych. Mieliście nawet być tam wydani. Jak potoczyła się cała ta sprawa z Ameryką?
Wiktor:
Rzeczywiście był taki moment. Pojawił się koleś z Teksasu zainteresowany wydaniem naszej płyty w USA. Startował wtedy ze swoją wytwórnią. Niestety dla nas, po wydaniu bodajże dwóch płyt dał sobie z tym spokój. Nasza przygoda z wydawaniem się w Stanach skończyła się więc szybciej niż się zaczęła. Na szczęście na horyzoncie pojawił się Spooki, dzięki któremu światło dzienne ujrzała płyta „Knock it off”.
Zwierzak: Skoro zadajecie takie pytanie, to widać, że ploty dobrze się u nas rozchodzą. Rzeczywiście typ mocno nas podkręcił, ale z hucznych zapowiedzi zrobiła się kupa. Ale może to i lepiej, bo byśmy się jeszcze wyprowadzili do Stanów…

Pamiętacie jeszcze stare, dobre czasy polskiej sceny hc/punk, kiedy 300-500 osób na koncercie to była norma? Dziś zdarza się to tylko czasami. Co się stało ze sceną?
Wiktor:
Pamiętam dobrze te czasy. W scenę hc/punk zacząłem wchodzić w połowie lat 90. Był to okres jej świetności. Co miesiąc jeździłem na czad giełdę do Katowic (mieszkałem wtedy w Zagłębiu Dąbrowskim), po której odbywały się koncerty. Zawsze było na nich pełno ludzi. Dziś rzeczywiście frekwencja na koncertach jest dużo mniejsza. Myślę, że jest to pokłosie mniejszego zainteresowania szeroko rozumianym hc/punkiem, większą wybrednością i zmanierowaniem ludzi oraz podziałem sceny na mniejsze „podsceny”, które tak naprawdę rzadko się przenikają.
Zwierzak: Wydaje mi się że w latach 90. hc punk był bardziej popularny, bo ta muzyka, pomimo swojej niezależności, była w jakiś sposób „promowana” w radiu i tv. Teraz nie ma jej w ogóle, a młodym ludziom nie chce się szukać alternatywy dla szamki serwowanej przez popularne media. Poza tym, tak jak Wiktor wspomniał, dawnej nie było takich podziałów i na jednym koncercie mogły grać ze sobą zespoły punkowe i  hardcorowe, co teraz jest ewenementem. Porobiły się szufladki na punk, hc, s/e, vegan s/e hc, metalcore, vegan jihad punk,death metal punk… Kiedyś wszyscy przychodzili na jeden koncert i wspólnie się bawili, a dziś jest to nie do pomyślenia.
Mam wrażenie, że polska scena hc punk jest w dołku. Ludzie nie kupują płyt polskich kapel, mniej osób przychodzi na koncerty. Scena dobrze się trzyma tylko na dużych koncertach, gdzie grają kapele z Ameryki. Polskie zespoły są „gorsze”, więc po co na nie chodzić… Lekarstwa na to chyba nie ma. Ale to tylko moje spostrzeżenia, a wiadomo że ja zawsze zrzędzę.

Widać między innymi wyraźny podział na hc i punk. Jaki to ma wpływ na muzykę?
Wiktor:
Nie podoba mi się ten trend. Dla mnie hardcore to punk, a punk to hardcore.
Zwierzak: Podzielam zdanie Wiktora. Wiele młodych nie kuma bazy, traktując hc i punk jako oddzielne gatunki muzyczne. Oczywiście takie myślenie sprzyja dzieleniu sceny, a podziały nie sprzyjają rozwojowi. Choć jest wielu takich, którym się to podoba.
Mimo że hardcore wywodzi się z punka, nie przejął sloganu „no future” i poszedł w kierunku bardziej pozytywnego przekazu. Być może tu rozpoczął się powolny rozdział.

Hardcore vs real life – co wygrywa?
Wiktor:
U mnie remis.
Zwierzak: Chyba raczej real life.

GALERIA: GOOD OLD DAYS – ZESPÓŁ I TATUAŻE 

Wielu hardcorowców „krzyczy” na koncertach o wolności, niezależności i prawdzie, po czym następnego dnia idą do pracy w banku czy korporacji, której nienawidzą. Czy nie jest tak, że w pewnym momencie duża część osób porzuca ideały, bo z czegoś trzeba żyć. Jak waszym zdaniem to wszystko pogodzić?
Wiktor:
Życie to sztuka kompromisu. Trzeba znaleźć złoty środek pomiędzy życiem zawodowo-rodzinnym a scenowym. Czasem ciężko to wszystko pogodzić, ale z odpowiednim nastawieniem spokojnie można dać radę.
Zwierzak: Nie wiem! Ja idę do pracy z uśmiechem na twarzy, bo sam sobie jestem szefem. Mam pewne pole wolności, choć niestety nie do końca. Haracz państwu trzeba płacić za to, że pracuję i nic na to nie mogę poradzić! Z tym się nigdy nie pogodzę.

Śpiewacie między innymi o modzie i hardcorowych pozerach. Czy tatuaże są według was elementem tej mody?
Wiktor:
Niewątpliwie tatuaże na scenie hc są bardzo popularne. Wystarczy spojrzeć na nas. Każdy z nas ma coś nabazgrane na skórze. Dla mnie tatuaż to po prostu pigment pod skórą, który będzie tam do końca życia. Czasem coś oznacza, czasem tylko fajnie wygląda, a czasem szpeci.
Zwierzak: Dla mnie muzyka hardcorowa nieodzownie związana jest z tatuażami i „obdziarganymi” muzykami. Zawsze chciałem wyglądać tak jak oni. Nie wiem dlaczego, ale odkąd pamiętam tatuaże zawsze wzbudzały we mnie fascynację. Obecnie tatuaż to moje życie, bo od jakiegoś czasu prowadzę własne  studio i zajmuje się barwieniem skóry na co dzień.

Pracujesz w Till Death Tattoo. Jak powstało to miejsce i jakie masz plany na jego rozwój?
Zwierzak:
Pomysł na studio zagnieździł mi się w głowie dosyć dawno, ale długo z tym zwlekałem ze względu na moją wcześniejszą pracę. Póki co jest to jednoosobowy biznes. Praca jest przez to zdecydowanie cięższa, gdyż w większości muszę polegać na sobie i moim własnym doświadczeniu. Ten, kto prowadzi jednoosobową  firmę, musi liczyć się z trudnościami. Właściwie każdą wolną chwilę trzeba przeznaczyć na ogarnięcie interesu. Bywa to uciążliwe, bo nie zawsze mogę poświęcać się własnemu rozwojowi, a czas „marnotrawię” na trywialne, rutynowe prace, które są niezbędne w codziennym funkcjonowaniu studia.
W przyszłości planuję powiększenie firmę o nowych ludzi. Muszę być jednak w100 proc. przekonany zarówno do ich talentu i techniki, jak i nietuzinkowej osobowości. Przez studio przewijały się już osoby, które były zainteresowane współpracą, ale jak na razie pozostaję przy jednoosobowej firmie. Pożyjemy, zobaczymy.

Od czego zaczęła się twoja fascynacja tatuażem?
Zwierzak:
Dawno, bardzo dawno temu robiło się w Polsce maszynki z długopisów, strun i silniczków od walkmenów. Blasku dodawał tatuażom żel z żel-penów i długopisów. Wtedy to właśnie zetknąłem się z tatuażem.
Tak naprawdę inspiracją do skupienia się na tatuowaniu była muzyka. To był początek szkoły średniej i cały czas wolny spędzałem w nieistniejącym już studiu tatuażu w Toruniu WALDI TATTOO w roli towarzysza-podglądacza, a później klienta. Tam zagościł na mojej skórze jeden z pierwszych tatuaży wykonanych przez nieżyjącego już Waldiego. Mam do tych dziar spory sentyment i nigdy nie próbowałem ich niczym zakryć. Jak na prace takimi maszynkami to i tak niezłe dzieła. Ogólnie moja skóra to historia jakichś 15 lat.

Jak przebiegała twoja nauka tatuowania?
Zwierzak:
Jak chyba większość tatuatorów w tamtych czasach zaczynałem od kaleczenia ludzi różnego typu wynalazkami. Kiedyś większość tatuatorów pracowała właśnie na takim sprzęcie, a teraz trudno im się do tego przyznać. Jednym z moich pierwszych „królików” był nasz gitarzysta – Gaszkes.
Po jakimś czasie takiej pracy, dałem sobie z tym spokój i zająłem się na poważnie studiami. Dopiero kilka lat temu zacząłem ponownie wkręcać się w modyfikacje skóry pigmentami. Tym razem już profesjonalnym sprzętem. Ostatnimi czasy wiele dobrych rad zawdzięczam Pawłowi z 3RD EYE, który często służy mi pomocą. Pozdrawiam całą jego rodzinkę, w szczególności jej nowego członka, Aleksa.

Preferujesz w tatuażu new i old school. Co w nich lubisz?
Zwierzak:
Symbolizm, prostotę i trwałość takich tatuaży. Szczerze powiedziawszy nie jestem typowym oldschoolowcem. Nie chcę się szufladkować w jednej stylistyce, choć faktycznie chciałbym robić więcej prac w tym akurat kierunku. Obecnie tatuuję masę wzorów w różnych stylach. Klienci w większości narzucają mi swoje wizje i nieczęsto się zdarza, aby ulegli moim sugestiom i robili tatuaże w stylu tradycyjnym.

Ostatnio zacząłeś odwiedzać ze swoim studiem konwencje tatuażu. Za tatuaż tradycyjny zdobyłeś już dwie nagrody: 3 miejsce w Gdańsku  i 1 we Wrocławiu. Czy te wyróżnienia są dla Ciebie ważne?
Zwierzak:
Zanim otworzyłem studio, bywałem na konwencjach raczej sporadycznie. Jednak odkąd zajmuję się tym na poważnie, staram się nie omijać żadnego takiego wydarzenia w Polsce. Uważam, że receptą na sukces w tym zawodzie jest ciągłe doskonalenie się, a jednym  z elementów tej układanki – bywanie na konwencjach. To nieodłączna rzecz, dlatego często pozuję do zdjęć z Edytą Herbuś. To być albo nie być dla mojego studia. A tak całkiem serio, konwencja to najlepsze miejsce na weryfikację wszelkich nowinek związanych z rynkiem tatuażu i wymianę doświadczeń z innymi tatuatorami.
Co do nagród, to oczywiście fajna sprawa, gdy zostajesz wyróżniony. Na pewno są one dla mnie ważne, bo dają mi pozytywnego kopa do dalszej pracy i doskonalenia się.

Pytali Ernest i Kaśka
www.hardcore-tattoo.pl

Więcej o zespole i studiu:
www.myspace.com/goodolddayshc
www.tilldeath.pl

{googleAds}<script type=”text/javascript”><!–
google_ad_client = „pub-8321618055603731”;
/* 468×60, utworzono 09-01-18 */
google_ad_slot = „7635850052”;
google_ad_width = 468;
google_ad_height = 60;
//–>
</script>
<script type=”text/javascript”
src=”http://pagead2.googlesyndication.com/pagead/show_ads.js”>
</script>
{/googleAds}  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *