Jay Pepito z Reign Supreme – wywiad

Pin It

Zespół Reign Supreme na pewno nie jest obcy fanom mocnego amerykańskiego brzmienia, tym bardziej, że w kwietniu ubiegłego roku supportowali w Warszawie kapelę Bane. Mocno wydziarana hardcorowa ekipa z Filadelfii porusza się w klimatach metalowo-hardcorowych. Jay Pepito, wokalista Reign Supreme, poza tatuażami i muzyką, kocha psy, kawę, tenisówki, jazdę na motocyklu i podnoszenie ciężarów. Nie może również doczekać się kolejnego koncertu w Polsce.


Jak kształtowały się początki Reign Supreme?

Jay Pepito: Zaczęliśmy grać w 2006 roku na strychu mamy naszego przyjaciela. Szybko zaczęliśmy jeździć w trasy i nagrywać muzykę. Ale tak naprawdę, jesteśmy nadal tymi samymi kolesiami, robiącymi te same rzeczy. Ciężka muzyka grana przez twardych chłopaków. Próbowaliśmy po prostu grać najostrzejszy hardcore, jaki potrafiliśmy, coś w klimacie Cold As Life, Hatebreed czy Madball. Teraz jesteśmy trochę bardziej trashowi, trochę bardziej metalowi i trochę bardziej melodyjni. Bardziej w kierunku Converge czy Hope Conspiracy.

Graliście w innych projektach przez Reign Supreme?
Jesteśmy muzykami przez całe nasze życie. Nie będę tu wymieniał kapel, w których graliśmy, bo byłaby to za długa lista. Poza tym nie ma to znaczenia, tym bardziej, że większość z nich to była żenada. Ze wszystkich muzycznych projektów, Reign Supreme to z pewnością najbardziej znaczącą kapela dla każdego z nas.

Grałeś m.in. w Blacklisted. Czemu zdecydowałeś się porzucić tę kapelę?

Tak, byłem gitarzystą i pisałem większość tekstów.. Wywalili mnie z kapeli po tym, jak ja i wokalista przestaliśmy brać w projekcie aktywny udział. Ale jestem zadowolony, że tak się stało, bo nasze teraźniejsze projekty są o niebo lepsze 😉 Myślę, że gdyby mnie nie wywalili, nigdy nie miałbym tyle potencjału na robienie czegoś nowego.

W 2007 ukazała się wasza epka. W kolejnym roku – płyta „American violence”. Potem, w 2009 „Testing The Limits Of Infinite”. W tym roku czas na kolejną płytę. Pracujecie już nad nowym materiałem?

Zaczęliśmy pisać nowe kawałki. Może wydamy kolejną epkę w przyszłym roku. Może nie. Kto wie… Tak to się u nas wszystko toczy. Robimy muzykę dla zabawy, nie mamy żadnego planu, według którego nagrywamy. Deadline’y nie mają dla nas znaczenia.

W ubiegłym roku z kapelami Bane, To kill i 50 lions graliście koncert w Warszawie. Jakie wrażenie zrobiła na was polska publika?
Niesamowite! To był fantastyczny koncert ze świetną publiką. Zwymiotowałem na scenę – to było bardzo zabawne. Nie mogę się doczekać, kiedy znów zagramy w Polsce.

Jakie kapele z Filadelfii mógłbyś nam polecić?

Bardzo dobra jest nasza zaprzyjaźniona kapela – Man Overboard. Grają połączenie popu i punka. Mogę też polecić Advent z Północnej Karoliny. Poza tym nie znam w okolicach Filadelfii innych ciekawych kapel.

To jak oceniasz hardcorową scenę w Filadelfii?

Nie jestem odpowiednią osobą, żeby odpowiadać na to pytanie. Myślę, że jest dobrze, ale tak naprawdę to nie wiem. Chodzę wyłącznie na koncerty kapel, które lubię. Nie pojawiam się na wszystkich lokalnych koncertach. Niestety, większość z tutejszych kapel gra w kółko to samo.

Jakie stosunki panują między hc sceną z Filadelfii a sceną z Bostonu czy Nowego Jorku?

Mam tam wielu przyjaciół, ale my nie dbamy, kto skąd pochodzi. Przyjaciele to przyjaciele. Całe to braterstwo, o którym tyle się mówi, znika, kiedy człowiek naprawdę czegoś potrzebuje. Najlepiej jest po prostu doceniać człowieka za to, jaką jest osobą i nie próbować na siłę włączać go do jakiejś pseudo rodziny.

Na scenie jest wiele takich haseł: lojalność, rodzina, braterstwo. Co twoim zdaniem jest najważniejsze?
Ja już nie podchodzę do muzyki z tego rodzaju filozofią. Robiłem tak, gdy byłem młodszy. Dziś uważam, że są na świecie ważniejsze rzeczy: dobra zabawa z przyjaciółmi, niezachwiana wiara w pewne rzeczy czy po prostu bycie sobą bez względu na to, co powiedzą o tobie inni.

Masz na sobie sporo oldschoolowych tauaży. Czym jest dla ciebie „old school” – w muzyce i w tatuażu?

Old school tak naprawdę nic dla mnie nie znaczy. Old school hardcore jest dla mnie głupi. Jest dla ludzi, którzy żyją przeszłością. Przeszłość jest za nami! Trzeba żyć teraźniejszością. Nie można po prostu cofnąć się do roku 88.
Lubię old schoolowe tatuaże, ale tylko z artystycznego powodu. Generalnie lubię tatuaże, mam też na sobie sporo japońskich wzorów. Tatuaże to bardzo spora część mojego życia. Kocham tę sztukę. Ostatnio postanowiłem również wytatuować sobie szyję i dłonie. Pieprzyć świat! Zobaczymy, co się stanie.

Tatuaże są bardzo istotne dla wielu hardcorowców.
To na pewno ma związek z tym, że hardcore jest dla ludzi, którzy decydują się na życie poza normalnym, tradycyjnym społeczeństwem. Malują więc swoje ciała, bo próbują być poza głównym nurtem. Wielu hardcorowych dzieciaków za pomocą tatuaży poszukuje swojej tożsamości. Widzą tatuaże i sobie myślą, że jak się wytatuują to zyskają pewnego rodzaju wiarygodność. To coś w rodzaju szybkiej drogi do złej sławy bez wkładania w to żadnego wysiłku.
Dla mnie tatuaż to sztuka, bardzo intymna sztuka, ponieważ jest trwała i wyraźne nas określa. Twoje tatuaże kształtują twoje życie. Im bardziej są widoczne, tym większym stajesz się indywidualistą. Albo płyniesz, albo toniesz! Nie możesz wytatuować sobie dłoni, a jednocześnie iść na studia, potem do pracy w biurze czy banku i być rodzinnym typem. Musisz zrobić coś więcej. Lub mniej… Ale najważniejsze to być wyjątkowym.

Amerykańskie kapele hc mają styl w tatuażu, który preferują?
Większość hardcorowych kapel w Stanach ma coś na kształt dziwacznej hybrydy new schoola i old schoola. Nie potrafię nawet tego opisać, ale to wygląda jak połączenie Japonii i old schoola.

U kogo się tatuujesz i kiedy zacząłeś? Masz na ciele jakiś ulubiony tatuaż?

Jestem fanem prac Kevina Leblanca, Martina Lacasse, Dave’a Foxa i kilku innych utalentowanych gości. Moim ulubionym artystą, który mnie dziara jest Kevin Leblanc. Jest świetny. Wygoogluj go, potem zarezerwuj lot do Ameryki i wytatuuj się u niego!
Najstarszy tatuaż to patriotyczny wzór Eda Hardy’ego na prawym ramieniu. Zrobiłem go jeszcze przed tym, jak wstąpiłem do marynarki. To dobry tatuaż, ale nie jest niczym specjalnym.
Moim najlepszym tatuażem jest chyba lewy rękaw zrobiony przez Mike’a Schweigerta. To japoński tatuaż z Kali, hinduskim bóstwem symbolizującym zniszczenie i śmierć oraz z walczącym tygrysem i smokiem, które przedstawiają dobro i zło mojej osobowości/mojego życia. Mam też najgorszy tatuaż – Hatebreed. Zrobiłem go sobie dla żartu, kiedy jeszcze ze starą kapelą graliśmy z nimi koncert. Twoje przeznaczenie czeka na ciebie!

Jak wygląda scena tatuażu w Filadelfii?

Jest sporo śmieci, ale i dużo talentów. Mamy w Filadelfii światowe sławy tatuażu. Poza tym jest tu również co roku duża konwencja. Nigdy na niej nie byłem, bo przyjeżdża tam sporo buraków. Nienawidzę tego! Robię sobie tatuaże, ponieważ nie jestem społecznym cieniasem, który podporządkowuje się kanonom danym z góry. Nie chcę chodzić po takich imprezach i upodobniać się do tych ludzi. Wolę wybrać się na przejażdżkę, na siłownię lub pójść z psem na plażę.

Pytała Katarzyna Ponikowska
www.hardcore-tattoo.pl

 

{googleAds}
<script type=”text/javascript”><!–
google_ad_client = „pub-8321618055603731”;
/* 468×60, utworzono 09-01-18 */
google_ad_slot = „7635850052”;
google_ad_width = 468;
google_ad_height = 60;
//–>
</script>
<script type=”text/javascript”
src=”http://pagead2.googlesyndication.com/pagead/show_ads.js”>
</script>
{/googleAds}         

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *