Kamil Mocet na Body Art Convention

Pin It

Kolejnym artystą, który pojawi się na warszawskiej imprezie Body Art Convention jest Kamil „Mocet” Terczyński. To uzdolniony tatuator, który wyemigrował z Krakowa do Londynu. Jego prace są w tym momencie rozpoznawalne w całej Europie. Podczas konwencji w stolicy nie będzie miał tradycyjnego boksu. Przy pracy będzie go można podziwiać w trakcie zamkniętego seminarium dla tatuatorów (ZAPISZ SIĘ). Dodatkowo opowie o swoich inspiracjach przy okazji wykładu „Wpływ różnych gatunków sztuki na tatuaż współczesny”. Poprowadzi go wspólnie z Robertem „Robsonem” Łypikiem. Mało tego, Mocet będzie jednym z trzech jurorów, którzy wybierać będą najlepsze tatuaże.


Razem z Robsonem organizujesz seminaria dla początkujących tatuatorów. Nie masz problemu z dzieleniem się tajnikami swojego fachu?
Kamil Mocet: To, że będzie kolejnych 30 Kamili i będą tatuować podobnie do mnie, to nie przez to, że ja im coś przekazuję, tylko przez to, że oglądają moje w magazynie czy w internecie i to kopiują. To tak samo, jak ktoś kopiuje Malczewskiego czy Matejkę. Nie da się tego uniknąć. Zawsze znajdą się tacy, którzy będą chcieli kopiować.
Wiem, że są różne opinie na ten temat prowadzenia seminariów. Ale ja nie mam z tym problemu. Przecież każdy, kto chce podpatrzeć, jak się tatuuje, może zawsze pójść na konwencje. Na seminariach są zwykle ludzie, którzy chcą tatuować. Jeżeli chcą zapytać się, co i jak, to czemu im tego nie zdradzić. Przecież mi nie ukradną klientów. Zresztą nie sprzedaję całej wiedzy, jaką mam. Przedstawiam to w taki sposób, aby zrozumieli, jak to się robi. Ostatecznie muszą jednak sami do tego dojść. To jedyny sposób.

KAMIL MOCET – GALERIA TATUAŻY

 Boli cię, kiedy ktoś kopiuje twoje prace?
– Naśladowanie mi schlebia. Staram się nie wnikać w to, co inni tatuatorzy o mnie myślą. Mam to gdzieś, bo to tworzy niepotrzebne konflikty, a ja chcę tego unikać. Na pewno jest tak, że jeżeli coś wymyślasz, tworzysz, masz jakiś pomysł na coś i ktoś nagle to kopiuje czy robi bardzo podobną rzecz, to trochę boli. To jest w końcu twoje dziecko. Robisz coś, tworzysz, meczysz się nad tym, myślisz, że nikt ci tego nie zabierze i nagle „bach”!

Uważasz, że te seminaria dużo tatuatorom dają?
– Mam nadzieję, że tak. Dotychczas zorganizowaliśmy dwa takie spotkania. Ja sam brałem udział w zajęciach innych tatuatorów. Zwykle były one bardziej skupione na rysunku. Wtedy pomyślałem, że jeśli osoba ucząca się popatrzy, jak pracuje tatuator, łatwiej sobie taką wiedzę przyswoi. Tym bardziej, jeśli osoba prowadząca seminarium będzie dodatkowo opisywać, co i jak robi, jakim sprzętem itp.

A od kogo ty się uczyłeś?
– Jakoś w 2002 roku zacząłem oficjalnie pracować dla Robsona. Wcześniej przez prawie rok robiłem projekty poza studiem. Robert pracował wtedy w studiu na Floriańskiej 22. Ja byłem akurat w trakcie kończenia szkoły plastycznej w Kielcach. Chciałem wrócić do Krakowa, mojego rodzinnego miasta. Kombinowałem, czym się zająć. Trochę interesowałem się tatuażem, więc kiedy spotkałem Robsona, zacząłem robić projekty. Robert zakładał wtedy swoje studio i jakoś zaczęło się to kręcić.

Ale postanowiłeś wyjechać.
– Jakoś w 2003 roku trafiła się okazja wyjazdu do Anglii. Tak się złożyło, że pierwszym studiem, do którego wszedłem ze swoim portfolio, było Evil From The Needle. Nawet nie wiedziałam wtedy, co to za miejsce i kim jest Bugs. Nie byłem dobrze zaznajomiony z nazwiskami tatuatorów. Dopiero od momentu podjęcia tam pracy, zacząłem poznawać te bardziej znane nazwiska.
Kiedy wszedłem do środka, Jeff Ortega, obecny właściciel studia, zainteresował się moim portfolio i zaproponował mi, abym przyszedł na mały test. Miałem zrobić tatuaż. Chciał zobaczyć, jak wygląda moja praca na żywo. Spodobało mu się to, co zrobiłem i przyjął mnie do pracy.  Tatuowałem tam pięć lat.

Czemu odszedłeś?
– W pewnym momencie zacząłem robić tylko swoje rzeczy. Nie miałem już klientów z ulicy. Poczułem, że potrzebuję trochę wolności. Chciałem robić coś sam dla siebie, a nie pod czyimś szyldem. Nadarzyła się okazja przejęcia studia, więc pomyślałem, że warto. To był dość ciężki etap w moim życiu. Musiałem nauczyć się, jak być szefem (pracowało wtedy ze mną trzy-cztery osoby) i jednocześnie tatuować. Nie podeszło mi całe to przedsięwzięcie. W dodatku była to dzielnica, w której po godz. 22 nie wychodzi się na ulice. Przez to moi pracownicy mieli mało klientów. Coraz częściej zostawałem sam. Po roku postanowiłem więc, że otworzę małe studio w domu. Wynająłem fajne mieszkanie i ciągnąłem interes przez kolejny rok. Zamknąłem je, kiedy pojawiły się osobiste problemy, m.in. rozwód.

SEMINARIUM KAMILA – GALERIA

Jak trafiłeś na Camden Town do Hell To Pay, gdzie pracujesz teraz?
– Chciałem wspomóc koleżankę, która jest właścicielką studia. Chdziło o to abym zaczął tam pracowac. Teraz pracuje tam. Studio się nazywa Hell to Pay na Camden. Nie jest to moje studio, ale jesteśmy wspólnikami. W najbliższym czasie planujemy z Robertem otworzenie studia w Londynie F16, które będzie związane z Tattoo Familią.

Skąd taki pomysł?
– Znamy się z Robertem już dobrych parę lat. Planujemy otworzyć kilka studiów pod szyldem Tattoo Familia. Pierwsze w Londynie. Chcemy, by latem było już gotowe, ale nie chcemy się spinać, dlatego nie podajemy konkretnej daty. Plusem przedsięwzięcia jest to, że Robert ma studio w Polsce i zna schemat działania, by takie miejsce od razu zaczęło funkcjonować. Mamy już trzech artystów, którzy będą dla nas pracować. Polacy: Paweł, mój klient, który robi fajne rzeczy; Magda, która pracuje ze mną teraz w Hell To Pay oraz Dawid, jej facet, dobry znajomy z Zakopanego, który mieszka w Londynie siedem lat. Być może będzie jeszcze jedna dziewczyna z Południowej Afryki. Oczywiście planujemy też guest spoty polskich artystów. Chcemy, aby do nas przyjeżdżali, bo poziom tatuażu w Polsce jest mega wysoki.

Teraz wykonujesz w Anglii wyłącznie swoje projekty. Jak to wyglądało na początku?
– Przez jakieś dwa-trzy lata budujesz grono swoich klientów. Jeśli znajdujesz się w nowym miejscu, musisz zaczynać praktycznie od początku. Ponieważ w Polsce nie robiłem małych wzorów, nie umiałem tatuować tribalków, kwiatuszków itd. To była dla mnie dobra szkoła. Nauczyło mnie to cierpliwości, która jest wymagana przy mikro fleshach. Teraz, gdy robię duże prace, jest to bardzo przydatne. Gdy potrzebuję zrobić jakiś dokładny element, to wiem, jak to zrobić i nie stresuję się, że to jest małe.

Pracując w Anglii zaliczyłeś chyba dużo guest spotów?
– Bardzo dużo. Po pierwszych trzech latach pracy w Evil zaczęliśmy jeździć na konwenty. To ja wyciągałem na te imprezy Jeffa i całą ekipę. Doszedłem do wniosku, że musimy porządnie rozreklamować studio, by nie umarło. Jeździliśmy na wszystkie najważniejsze konwencje w Europie: Mediolan, Rzym, Berlin. To były w ogóle moje pierwsze konwencje. Bardzo mi się podobały. Teraz znów wracam do tego: do wyjazdów, do guest spotów. Będę często przebywał w Stanach. Pojawiła się taka okazja dzięki współpracy z Intenz (firma produkująca farby do tatuowania – przyp. red.). Zaoferowali mi kilka guest spotów. Na pewno mam plan odwiedzić Paula Bootha i Last Rites oraz Scream Ink w New Jersey, gdzie Bugs załatwił mi guest spot. Oczywiście zaliczę tam trochę konwencji, m.in. Long Beach w Nowym Jorku. Jadę tam razem z Bugsem. Na tę konwencję bardzo ciężko się dostać, a Bugs ma podwójne stanowisko. Będziemy razem pracować. Na pewno odwiedzę Las Vegas Convention robioną przez właściciela Intenz. Ale będę się też na pewno pojawiał na europejskich imprezach, gdzie będę pracował na stanowiskach Intenz.

Na czym polega twoja współpraca z Intenz?
– Nawiązałem z nimi współpracę prze Borysa. Intenz stworzyli mu własny brand, własną linię tuszy. Powiedziałem mu, że to fajna paleta barw, a on zaproponował, żebym się z nimi skontaktował. Spytałem ich więc, czy nie byliby zainteresowani współpracą ze mną. Po tygodniu odpisali, że podobają im się moje prace i że są zainteresowani. Fajnie się to zgrało, bo chciałem właśnie ruszyć w Stany, troszkę się tam rozreklamować.

Dużo podróżujesz. Ile zwykle trwają te twoje wyjazdy?
– Różnie z tym jest. Na przykład w Nowym Jorku jestem zwykle około 14 dni. Do Australii czy Nowej Zelandii jeżdżę na około miesiąc. Przeważnie wyjazdy trwają od 10 dni do miesiąca. Ale do Stanów chciałbym pojechać na ponad miesiąc. Jestem teraz bardzo nakręcony na wyjazdy. Wcześniej miałem taki okres, że nie chciało mi się ruszać. Teraz mam kolejne plany. W przyszłym roku szykuje mi się wyjazd do Kanady, natomiast w ciągu dwóch lat chciałbym zahaczyć o Japonię. Mam plan, aby co roku odwiedzić inny kraj. Aby zrobić najazd na cały świat.

Oglądając twoje prace, widać sporo obrazów. Poświęcasz malarstwu dużo czasu?
– Właśnie nie, chciałbym, aby było tego więcej. Kilka nowych obrazów się pojawiło, ale czuję, że za mało się tym zajmuję. Chociaż z drugiej strony, robię to codziennie, tylko na skórze. Naprawdę ciężko mi znaleźć czas, aby coś namalować. Jednak staram się. Pokazałem swoje dwa obrazy na wystawie, która jeździła po całej Wielkiej Brytanii. Ostatni przystanek to była tegoroczna konwencja Tattoo Frez. Dogadałem się tam z organizatorką tej wystawy, że chciałaby w ciągu dwóch lat zorganizować wystawę moich prac. Dlatego mam dodatkowego gula, aby namalować kilka obrazów. Głównie dla siebie, ale przy okazji na taką imprezę. Myślę, że byłoby to fajne.

A co inspiruje cię przy tworzeniu tatuaży?
– Z tym jest bardzo różnie. Często są to rzeczy, które widzę i które chciałbym zrobić według własnego pomysłu. Czasem zaczynam rozmawiać z kimś o jego projekcie i nagle pojawia mi się nowy pomysł w głowie. Inne inspiracje to na pewno filmy. Uwielbiam kino.

Zdarza ci się, że zaczynasz pracę nad jakimś projektem, ale efekt końcowy jest całkiem inny od początkowego zamysłu?
– Oczywiście! Czasami coś sobie układam w głowie, a wychodzi całkiem co innego. Wydaje mi się, że dzieje się tak, ponieważ nasz umysł tworzy wizje bardziej skomplikowane niż nasze manualne zdolności. Przez tę wizję, która powstaje w głowie, widzisz każdą linię. Wydaje ci się, że wiesz, jak to będzie wyglądać, a na koniec nawet w połowie nie wygląda tak, jak ty to widziałeś.

Klienci dają ci wolną rękę czy przynoszą swoje pomysły, a ty je realizujesz na swój sposób?
– Przeważnie jest tak, że coś przynoszą, mają swoją wizję, a ja i tak robię to, co chcę. Nie ważne jak bardzo będą się upierać przy swoim pomyśle i tak twierdzę, że mój jest lepszy. Oczywiście nie jest tak, że jak mam pomysł na coś, a ty chcesz zupełnie coś innego, to tego nie zrobię. Zawszę muszę mieć jakiś punkt startowy. Jeśli ktoś mi powie, że chce kwiaty, to je robię, ale według swojego pomysłu i w stylu, w którym czuję się dobrze. Uważam, że tatuowanie jest jak malowanie, dlatego nie robię projektów dwa czy trzy tygodnie przed wykonaniem tatuażu. Projekt zrobiony w danym dniu i bezpośrednio na skórze jest najbardziej świeży i aktualny. Staram się robić jak najwięcej freehandów. Jeżeli robisz coś bezpośrednio na skórze, możesz się tym ekscytować razem z klientem. Przez to zazębia się relacja z klientem. Nie jest tak, że przychodzi z projektem, ja go wykonuje i do widzenia. Tworzymy ten projekt razem. Nakręcamy się nawzajem. Lubię takie podejście. Tym bardziej, że zacząłem używać maszynki hawka, która umożliwiała mi wreszcie uwydatnienie mojego stylu. Dzięki niej mogę robić rzeczy zbliżone do malarstwa.

Jaką widzisz różnicę między hawkiem a zwykłą maszynką cewkową?
– Uważam, że tradycyjne maszynki nie są dla mnie. Chyba tylko dlatego, że nie umiem za bardzo ustawiać tych mechanizmów. Są trudne do ustawienia i łatwo się rozregulowują, przez co są nieprzewidywalne. To odwraca moją uwagę od samego tatuażu. Ja tak nie mogę. Dla mnie tatuaż jest najważniejszy. Maszynka musi być jak marker lub długopis. Ja go wyciągam, a on musi działać tak, jak trzeba. Tego oczekuję od maszynki i tak jest z hawkiem. Zawsze działa tak samo. Tatuuję nim już dwa lata i nigdy nie miałem z nim problemów.

Poleciłbyś ją początkującym tatuatorom?
– Trzeba pamiętać, że sama maszynka nie pomoże w wypracowaniu swojego stylu. Tak naprawdę to, co pokażesz na skórze, nie zależy od sprzętu. Aczkolwiek o wiele łatwiej używać hawka do takiego stylu bez linii. Jest przede wszystkim łatwiejszy w obsłudze i to na pewno pomaga. Uważam jednak, że każdy ma własną drogę zarówno do swojego stylu, jak i najbardziej odpowiadającej mu maszynki.
Z hawkami jest też tak, że igły do nich są strasznie drogie. Czasem może się nie opłacać robić nią tatuażu, przy którym będziesz musiał zużyć, powiedzmy, trzy igły. Myślę, że jest to maszynka dla ludzi, którzy już trochę tatuują i chcą coś zmienić lub trochę ułatwić pracę. Na przykład podróżowanie z hawkiem to jest bajka. Mój cały sprzęt do tatuowania waży teraz pięć kilogramów i to jest super. Dzięki temu minimalizujesz swój pakunek.

W tatuażu tradycyjnym ważne są mocne kontury. Ty w swoim stylu raczej unikasz linii.
– Nie to, że unikam. Czasem jakaś linia się trafi. Jednak klienci chcą zwykle tatuaż charakterystyczny dla mnie. Wiec ten styl się utrzymuje. Teraz jak zacząłbym robić kontury to przypuszczam, że klient powiedziałby: „Jak to? Kamil i kontury?” Sam się w sumie zapętliłem. Mam stałych klientów, którzy mi się poddają i na nich eksperymentuję.

Wspominałeś o szkole plastycznej w Kielcach. Co to za placówka i czy kontynuowałeś później plastyczną edukację?
– To była szkoła zaraz po podstawówce, coś na kształt zawodówki plastycznej. Mam teraz wykształcenie średnie zawodowe. Miałem plany zrobienia zaocznie matury, ale jakoś mi to nie pasowało. Wiedziałem już, co chcę robić, miałem plan na swoją przyszłość. Chciałem się skupić na sztuce i spróbować na tym zarabiać. Myślę, że udało mi się ten plan zrealizować.

Rozmawiał Ernest

{googleAds}<script type=”text/javascript”><!–
google_ad_client = „pub-8321618055603731”;
/* 468×60, utworzono 09-01-18 */
google_ad_slot = „7635850052”;
google_ad_width = 468;
google_ad_height = 60;
//–>
</script>
<script type=”text/javascript”
src=”http://pagead2.googlesyndication.com/pagead/show_ads.js”>
</script>
{/googleAds}      

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *