Knock Out Fest będzie open airem

Pin It

O pierwszej edycji Knock Out Festival wypowiedział się już na naszej stronie uczestnik tejże imprezy. Teraz głos oddajemy organizatorowi. Na nasze pytania odpowiada Tomek Ochab, organizator koncertów, założyciel agencji koncertowej Knock Out Productions oraz perkusista grupy ToteM, a od 2006 roku również Frontside.

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ Z FESTIWALU KNOCK OUT

Jak oceniasz pierwszą edycję Knock Out Festival – wygrał czy przegrał z kryzysem?
Tomek Ochab: Mogę śmiało powiedzieć, że pierwsza edycja wyszła dobrze. Jest kilka spraw, które chcemy ulepszyć, rozwinąć, tak żeby z roku na rok ludzie coraz lepiej odbierali całe przedsięwzięcie.
Z jednej rzeczy nie jestem zadowolony, a mianowicie z faktu przeniesienia festiwalu do hali Wisły. Z założenia miał być to festiwal typu open air i w przyszłości na pewno tak będzie. Jednak musieliśmy się poddać niektórym, niezależnym od nas czynnikom.

Pojawiły się plotki, że festiwal został przeniesiony do hali Wisły nie ze względu na pogodę, ale z powodu zbyt małej ilości sprzedanych biletów. Jak było naprawdę?
– Sprawa wygląda tak. Wszelkie pozwolenia związane z organizacją imprezy masowej trzeba załatwiać minimum dwa tygodnie przed imprezą. Na 2-3 tygodnie przed imprezą pogoda oraz jej prognozy na najbliższy miesiąc były dramatyczne. Nie mówię tu tylko o deszczu czy burzy. Z prognoz jasno wynikało, że można spodziewać się najgorszego. Zainwestowaliśmy dużą ilość pieniędzy (praktycznie wszystkie zespoły w tym momencie były już w pełni opłacone) i nie mogliśmy pozwolić sobie na opcję odwołania festiwalu w ostatniej chwili. Dużo zespołów ma w kontraktach zaznaczoną możliwość odmówienia występu ze względu na niebezpieczne warunki pogodowe. Przy pierwszej edycji chcieliśmy uniknąć wszelkich problemów i wybraliśmy mniejsze zło.

Liczyłeś na 2-3 tysiące fanów każdego dnia. Sprawdziło się?
– Tak. Każdego dnia na festiwalu bawiło się ok. 2300 osób.

Po festiwalu pojawiły się zarzuty, co do organizacji, takie jak np. zbyt mała ilość kas czy kiepskie nagłośnienie. Według ciebie organizacyjnie festiwal się udał?
– Zawsze jest coś do poprawienia, nie jesteśmy nieomylni. Ale na tyle długo i z sercem podchodzimy do sprawy, że wszystkie główne założenia wypaliły. Bardzo się cieszę, że tak oczywiste rzeczy jak obecność wszystkich zespołów, granie według rozpiski czasowej, stoiska z merchem, gastronomia, pole namiotowe, kulturalna ochrona zgadzały się i działały bardzo sprawnie. To dobry start na przyszłość. Była to pierwsza edycja festiwalu, a my się dopiero rozkręcamy.
W przyszłym roku zwrócimy uwagę na ilość kas i nalewaków piwa, ale tym zajmuje się firma gastronomiczna. Nie działało to znowu tak tragicznie. Jeżeli chodzi o wychodzenie/wchodzenie z piwem: po pierwsze – na żadnym festiwalu zgodnie z polskim prawem nie można opuszczać terenu imprezy z alkoholem, po drugie – sami prosiliśmy ochronę, żeby zwracała na to uwagę ze względu na policję, która usadowiła się tuż przed wejściem. Niestety, nie mogliśmy nic zrobić w tej kwestii, jedynie przestrzegać ludzi przed wychodzeniem z piwem, aby nie wrócili do domu z mandatem.
Co do nagłośnienia: hala Wisły jest kiepska akustycznie, ale nie jest niemożliwa do nagłośnienia. Udowodniła to Apocalyptica oraz Meshuggah, które zabrzmiały bardzo dobrze. Każdy zagraniczny zespół miał swojego akustyka i to od nich zależało, jakie brzmienie będzie miał poszczególny artysta.

Pojawił się jeszcze jeden zarzut – to, że zaprosiłeś co prawda czołówkę metalowej sceny, ale wszystkie te kapele niedawno w Polsce były; że zabrakło czegoś świeższego…
– Może faktycznie jest w tym trochę racji, ale nikt jeszcze nie dogodził wszystkim w stu procentach. Zaprosiliśmy określone zespoły i przedstawiliśmy taką opcję ludziom. Można było kupić bilet lub nie. Za rok na pewno weźmiemy pod uwagę te podpowiedzi (bo zarzutami bym tego jednak nie nazwał), ale zapewne znów znajdą się osoby, którym nie do końca będzie pasował skład. Polska jest krajem, gdzie coraz więcej się dzieje i coraz więcej zespołów do nas przyjeżdża. Coraz trudniej jest więc ściągnąć kapele, które nie grały u nas dłuższy czas albo nigdy. Wydaje mi się również, iż Polacy źle interpretują festiwale. Patrzą na nie przez pryzmat 1-2 zespołów które lubią. A przecież festiwal to impreza jako całość. Trzeba go traktować jako wakacje przy ulubionej muzyce, piwku i w dobrej atmosferze wśród znajomych – swojego rodzaju piknik. Na większości festiwali wszystkie zespoły, oprócz gwiazd poszczególnych dni, grają nie więcej niż 50-60 min.

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ Z FESTIWALU KNOCK OUT

Masz już pomysł, gdzie odbędzie się druga edycja Knock Out Festival i jak będzie wyglądać?
– Chciałbym pozostać przy Krakowie. Lubię festiwale w szczerym polu, jednak na dłuższą metę to czekanie do godz. 16 na koncerty w pełnym słońcu jest bardzo męczące. Rozpoczynanie koncertów o godz. 10 też według mnie mija się z celem, bo na festiwalach ludzie o tej porze przewracają się zwykle na drugi bok. Pomysł z obiektem WKS Wawel był bardzo dobry i będziemy go forsować za rok. Tym razem już bez żadnych niespodzianek związanych ze zmianą miejsca.

A kapele?
– Jest kilka zespołów, które bardzo bym chciał zaprosić do Polski. Część z nich jeszcze u nas nie była, a na pewno jest na nich ciśnienie. Część była, ale ma bardzo ugruntowaną pozycję w Polsce. Niestety, chęć zaproszenia danego zespołu do Polski to nie wszystko. Musi być jeszcze kilka innych sprzyjających czynników, żeby pomysł wszedł w życie.

Teraz trochę o tobie. Jak zaczęła się twoja przygoda z organizacją metalowo-hardcorowych koncertów?

– Cała historia zaczęła się ponad dziesięć lat temu. Była po prostu grupa kumpli i jeden drugiego zaraził taką muzyką. Później był pierwszy zespół, pierwsze koncerty i tak zostało do dziś. Od samego początku bawiło mnie organizowanie koncertów zarówno dla swojej kapeli jak i dla innych lokalnych zespołów czy tras koncertowych (np. Thrash the South Tour). Utarło się, że to ja jestem odpowiedzialny za te sprawy, a ponieważ sprawiało mi to wielką frajdę, chętnie dzwoniłem, wysyłałem maile i wszystko załatwiałem wszystko. Ponieważ sam gram, a poza tym uczestniczyłem w setkach koncertów, zarówno jako muzyk, jak i słuchacz oraz obserwator od zaplecza, wiem, co jest zespołom potrzebne. Zawsze interesowały mnie nawet najmniejsze szczegóły wiążące się z obecnością zespołu w klubie czy na festiwalu. Pierwszym dużym koncertem, jaki zdecydowałem się zorganizować, był mini festiwal ProgRock Festival. Na jednej scenie zagrała Coma, Riverside oraz Żywioły. Bilety na koncert zostały wyprzedane, a ja byłem przeszczęśliwy. Było to zanim Coma czy Riverside stały się znane. Wydaje mi się nawet, że był to pierwszy biletowany koncert Comy w Krakowie.
Później zadzwonił do mnie Adam z wrocławskiej ekipy Core Poration (tutaj należą się wielkie podziękowania dla Adamskiego, bo to chyba dzięki niemu jestem w tym biznesie) i zapytał czy nie chciałbym zrobić koncertu Nile. Oni mieli wtedy sporo rzeczy na głowie, a poza tym woleli się jednak skupić na hardcorze. Propozycję oczywiście przyjąłem. Koncert wyszedł znakomicie i to zaowocowało stałą współpracą z pewną agencją, z którą do tej pory zrobiłem już wiele koncertów, m.in. Cradle of Filth, Tiamat, Cannibal Corpse, Chimaira czy Samael. W lipcu zeszłego roku nastąpił moment przełomowy czyli koncert Ministry. Był to nasz pierwszy koncert organizowany w warszawskiej „Stodole”. Tam mieliśmy już do czynienia z produkcją a nie zwykłym koncertem z perkusją i piecami na scenie. Był tir pełen sprzętu, była ekipa zespołu z krótkofalówkami (oj tak, wtedy robiło to na nas wrażenie). To był duży krok w przód. Przyszło 1200 osób i koncert był ogromnym sukcesem.
W międzyczasie byliśmy odpowiedzialni między innymi za booking headlinerów na Hunterfest 2007 i 2008 oraz po części za produkcję imprez.

Ile zorganizowanych koncertów masz już na swoim koncie?
– Nie liczyłem, ale sporo tego było. Zarówno polskich zespołów (trasa Riverside, trasa Kat z Romanem) jak i zagranicznych (oprócz wyżej wymienionych – Morbid Angel, Laibach, Volbeat, Terror czy Ignite).
W tym momencie ograniczamy się do muzyki metalowej, hardcore i rockowej, ponieważ taką najbardziej się interesujemy i, że tak powiem, znamy ten rynek.

Czemu postawiłeś głównie na Kraków?
– Ponieważ wszystkie duże koncerty odbywają się w Warszawie. A Kraków to bardzo dobre miejsce na organizację koncertów. Mamy fajne kluby, mieszka i studiuje tu dużo ludzi, którzy nie są jeszcze „rozpuszczeni” przez nadmiar koncertów.
Poza tym jesteśmy tutaj na swoim gruncie, możemy wszystko kontrolować, doglądać, czy plakaty wiszą, donosić ulotki, jak się gdzieś skończą. Większe koncerty organizujemy też w Warszawie. Tam często pomaga nam zaprzyjaźniona ekipa Show No Mercy, która zna się bardzo dobrze na rzeczy i można jej bez problemu powierzyć część spraw.

Od jak dawna działasz pod szyldem Knock Out Productions?
– Od pięciu lat.

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ Z FESTIWALU KNOCK OUT

Czemu „knock out”?
– Organizujemy koncerty, które zrobią na Tobie takie wrażenie, jakbyś dostał strzała w ryj! 🙂

Działasz sam czy ktoś Ci pomaga?
– Całą przedprodukcją zajmuję się raczej sam, natomiast w dniu koncertu jest już potrzebnych kilka/kilkanaście osób do pomocy.

Co robisz oprócz grania na perkusji i organizacji koncertów?
Kończę studia, szukam ciekawej pracy, która mi pozatyka wolny czas jaki mam między organizowaniem koncertów, słucham dużo dobrej muzyki. Wszystko to co robią normalni ludzie.

 

Przepytywała KaśkaHCT

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *