Skontaktuj się z nami!       Studio, Sklep: 534 797 224       Wytwórnia, Portal: 692 703 463 

Knock Out Festiwal nie znokautował


Pin It

“Wiązałem duże, a może i nawet wielkie nadzieje z tym, iż powstał w końcu naszym kraju festiwal, który zknockoutuje każdego. O tym jak to wyglądało, co grało i jak rzeczywistość zweryfikowała zarówno moje jak i organizatorów oczekiwania możecie przeczytać poniżej” – pisze mARTinez w bardzo subiektywnej relacji z Knock Out Festiwalu, który odbył się 11 i 12 lipca w krakowskiej hali Wisły.
Open Air Festival, jak sama nazwa wskazuje, jest to impreza odbywająca się „pod chmurką” a nie w budynku, lokalu czy hali. Niestety na kilka dni przed rozpoczęciem się tego eventu, organizatorzy postanowili przenieść imprezę, pod pretekstem „anomalii pogodowych oraz niepokojących prognoz”, ze stadionu WKS Wawel do hali TS Wisła. Taka jest oficjalna wersja. W kuluarach mówiło się jednak o tym, iż koncert spotkał się ze zbyt małym zainteresowaniem fanów i aby KnockOut nie zaserwował sobie liczenia już w pierwszej rundzie, zaczął ciąć koszty. Rzeczywiście frekwencja wybitna nie była. Co było przyczyną?

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ Z FESTIWALU

Bilety – dużo się słyszało o tym, że cena jak na takie zespoły jest zbyt wygórowana. Jeszcze ze dwa, trzy lata temu prawdopodobnie rozeszłyby się jak świeże bułki. Dziś trzeba jednak wziąć pod uwagę to, że tego typu imprezy rosną jak grzyby po deszczu. Hunter Fest, Union of Rock Fest, Przystanek Woodstock, Jarocin, Castle Party to tylko kilka przykładów tych większych w Polsce, a nie można zapominać chociażby o Brutal Assault u naszych południowych sąsiadów czy o tym, co dzieje się na NovaRock w Austrii.

Lokalizacja – czyli znowu wracamy do kosztów. Kraków to fajne miasto, wszyscy o tym wiedzą, ale czy dobre to miejsce na festiwal? Wszystkie tego typu wydarzenia odbywają się w małych miejscowościach. Uczestnicy nie płacą dodatkowo za pole namiotowe i nie muszą wcześniej szukać noclegu, co też pochłania czas i pieniądze. Pomijam fakt, że Kraków sam w sobie tani nie jest.

Obsada – postawiono na dobre, sprawdzone składy, ale… No właśnie, zawsze jest jakieś „ale”. Na przestrzeni ostatnich dwóch lat każdą z gwiazd można było zobaczyć jak nie na jednym to na dwóch koncertach czy trasie: Apocalyptica (dwa koncerty w listopadzie 2007, Stodoła 2009), The Dillinger Escape Plan (Metalmania 2008, Show No Mercy 2008), Meshuggah (Show No Mercy 2008), Testament (Metalmania 2007), Anathema (Proxima 2008, Klub Studio 2008), Frontside (Vans Over The Wall Tour 2009), Hatesphere (Polish Apostasy Tour 2007). Moim zdaniem zabrakło świeżości, zaskoczenia, czegoś, czego jeszcze nie było.

Organizacja sama w sobie pozostawia wiele do życzenia. Kuriozalny przykład, który mi się przytrafił: kupiłem piwo (5 zł za 0,4 l gdzie zawartość wody w browarze znacznie przekraczała dopuszczalne normy unijne), z którym nie mogę wyjść poza teren hali. Jak już mi się udało, to przyczepiła się Mylycja, że pić można tylko w środku, więc wracam. Z piwem, które kupiłem w środku, nie zostałem jednak wpuszczony… Bez komentarza. Palić można było natomiast tylko na zewnątrz, więc jak kupisz browara, to nie możesz wyjść. Z niczym do picia nie można wejść na trybuny, ale już z jedzeniem tak. Jedna kasa sprzedająca kupony (i ogromna kolejka do niej), a cztery albo pięć rozlewni piwa gdzie „barmani” usypiali z nudów.

Bywałem już na różnych imprezach, koncertach i festiwalach. Z organizacją bywało różnie, ale w wielu przypadkach to co najważniejsze – kapele – wynagradzały braki i niedociągnięcia organizatorów. Niestety, to co usłyszałem (a raczej czego nie słyszałem), nie pozostawia wątpliwości, że pomimo tego iż KnockOut organizował już różne koncerty, to będzie musiał o wiele lepiej przygotować się do kolejnych edycji tego festiwalu.

Jedyne zespoły, które były dobrze ustawione, to Apocalyptica oraz Meshuggah (prawdopodobnie dlatego tak długo musieliśmy na nich czekać). Gitarzysta VoiVod po dwóch wałkach powiedział: „Mam nadzieję, że Wy coś słyszycie, bo ja nie słyszę nic”. Zarówno na trybunach jak i na balkonie dźwięki się rozmywały, a usłyszenie stopy graniczyło z cudem. Oglądając koncerty z tych miejsc miało się wrażenie, że słyszy się piasek. Wszystko wysoko ustawione, zero basu, żadnej selektywności – po prostu ściana dźwięku. Swoją drogą nie dziwi mnie to, chociażby dlatego, że przyłapałem panów dźwiękowców na robieniu sobie zdjęć – nie wykazywali zbytnio zainteresowania tym co i jak słychać. Najlepszym miejscem, by coś usłyszeć, była płyta. Nie można jednak organizować imprezy, którą da się oglądać tylko z jednej perspektywy. Szacunek dla tych (o ile tacy byli), którzy stali po 9 godzin dziennie na dole.

Pierwszy dzień jak dla mnie nie zapowiadał dużych emocji: Huge Ccm, Proghma-c, Tenebris, Blindead, Cynic, VoiVod, Anathema i Apocalyptica. Dwóch pierwszych zespołów nie widziałem. Huge Ccm to połączenie death metalu, hardcora i trashu. Materiał znaleziony w internecie nie powala. Proghma-c – eksperymentalny progresywny metal – chyba właśnie taką kolejnością najlepiej określić to, co grają. Za mało spójności w tym wszystkim. Momentami grają kwadratowe riffy, a wokal pokazuje, że umie krzyczeć, aby za chwilę mieć wrażenie, że chcą supportować Feel na otwarciu nowego centrum handlowego. Eksperyment to jest, ale czy udany? Tenebris już grał, kiedy dotarłem na miejsce. Nie znałem tej kapeli wcześniej i nie przekonała mnie do swojej twórczości. Chłopaki na majspejsie sami siebie plasują miedzy Tool, Witoldem Lutosławskim a Morbid Angel. Połączenie zaiste oryginalne, ale dużo jeszcze przed nimi, by było słychać wpływy tych wykonawców. No może poza Lustosławskim, ale na ten temat się nie wypowiadam, gdyż nie znam dokonań Witka. Blindead – niby wszystko poprawnie, niby do przodu, ale brak w tym jakiejś energii. Czekałem trzy numery z nadzieją, że coś zacznie się dziać szybciej, mocniej, ciężej. Nie doczekałem się. Może ktoś lubi taką nutę, ale to miał być kopiący w zęby i knockoutujący festiwal. Cynic – tej kapeli nie trzeba nikomu przedstawiać tak samo jak i legendarnego VoiVod. Fanem nie jestem i opuściłem te sety jak i dużą część występu Anathemy. Czasem człowiek i na takich festiwalach ma ciekawsze zajęcia, zwłaszcza jak się jest „fanem drugiego dnia”. Najważniejsze jest jednak to, że każda z tych kapel podobała się ludziom, którzy przyszli je zobaczyć, pomimo wspomnianych problemów z dźwiękiem. Ostatni koncert pierwszego dnia to Apocalyptica. Finowie byli najlepiej ustawionym zespołem dnia. Dali bardzo energetyczny koncert. Dało to nadzieję, że jednak można zrobić coś z dźwiękiem dnia następnego.

The SuperGroup, Tides From Nebula, Horrorscope, Frontside, Hatesphere, The Dillinger Escape Plan, Meshuggah, Testament to skład drugiej części krakowskiego festiwalu. Jeżeli ktoś nie zna którejkolwiek z wymienionych kapel, powinien to zdecydowanie nadrobić. The SuperGroup to muzycy Hedfirst, Sweet Noise project, Carnal i Insane. Bardzo dobre energetyczne granie. Zdecydowanie polecam również Tides From Nebula. To młody zespół, który od pewnego czasu gra koncerty. Chłopaki nie byli przestraszeni i pokazali, dlaczego to oni zostali zwycięzcami organizowanego przez KnockOut konkursu. Horrorscope zagrało szybko w swoim stylu, do przodu z energią. Problemy z dźwiękiem jednak zdecydowanie były słyszalne. Frontside pokazało, jak świetnie można rozruszać publikę i jakim są dobrym, koncertowym zespołem. Gdyby wokalista nie śpiewał w refrenach i nie ubierał okularów przeciwsłonecznych, ocena byłaby najwyższą z możliwych. Świetnie rozpoczęli wieczorną część koncertów i przygotowali wszystkich na duński Hatesphere. Zespół zagrał szybko z w miarę dobrym nagłośnieniem. Pokazali się z jak najlepszej strony i pierwszy raz tego wieczoru naprawdę trzeba było wyliczać (przyp. red. „wyliczać” pochodzi z terminologii walk bokserskich – wylicza się jednego z zawodników wtedy, kiedy otrzyma mocny cios i pada na ring) publiczność. The Dillinger Escape Plan – klasa sama w sobie. Amerykanie byli w Polsce po raz czwarty. Widziałem wszystkie wcześniejsze występy i niestety muszę stwierdzić, że każdy kolejny koncert jest „wolniejszy”. Zaczęli miażdżącymi sierpowymi nie dającymi wytchnienia nikomu i już wydawało się, że nikt nie dożyje następnych dwóch koncertów, kiedy pod koniec zamiast dobić – zwolnili. Koncert mimo wszystko świetny. Jak zawsze. O ile DEP używał tylko pięści, o tyle Meshuggah brutalnie pochlastała wszystkich! Bezapelacyjnie najlepszy koncert festiwalu. Kazali na siebie czekać, gdyż długo się ustawiali, ale naprawdę było warto. Potop szwedzki w najlepszym wydaniu. Wyszli, zdobyli Kraków szturmem, nie biorąc jeńców, pozostawiając same zwłoki, które oczekiwały na Testament. Gwiazda wieczoru zagrała dobry koncert z kilkoma perełkami, na które wielu czekało. Niestety było głośno, a riffy zlewały się w ścianę dźwięku. Warto jednak było czekać, by zobaczyć prawie pięćdziesięcioletniego Chucka Billego razem z zespołem. Legenda trashu w bardzo dobrej formie, a już na pewno lepszej niż wszyscy dźwiękowcy razem wzięci, którzy byli na festiwalu.

Wszystko to nie tworzy zbyt dobrego obrazu (i dźwięku) festiwalu. Mimo to wielki ukłon w stronę organizatorów za pierwszy taki w Polsce dwudniowy festiwal, jakie w Europie i na świecie są już od kilku lat. Jeżeli odbędzie się kolejna edycja, a organizatorzy wyciągną wnioski i nie będą kazali nam znowu oglądać peerelowskiej hali Wisły, będę na pewno.

mARTinez*

*Od autora: Relacja została napisana przypadkiem. Autor nie jest, nie był i nigdy nie będzie obiektywnym dziennikarzem.

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ Z FESTIWALU

Have any Question or Comment?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kategorie