Melodyjny punk z Kalifornii

Pin It

Grają od 14 lat. Popularność na scenie zdobyli dzięki regularnym trasom koncertowym po całym świecie. Członkowie Ignite żyją w ciągłej trasie, ale dają fanom to, czego ci od nich oczekują. O zaangażowanych tekstach Ignite, scenie tatuażu w Kalifornii i o tym, jak łączy ciągłe wyjazdy na koncerty z życiem prywatnym opowiada wokalista kapeli, Zoli Téglás.

 

Bardzo często pojawiacie się w Europie. Wolicie grać tu niż w Stanach?

Zoli: Zdecydowanie wolę Europę. W USA są duże odległości do pokonania między jednym miejscem a drugim. Sama podróż bardzo męczy. W Europie jest pod tym względem lepiej. Poza tym ludzie są bardziej emocjonalni, na koncertach bawi się bardzo dużo osób. Na gigi wpadają nie tylko fani hardcora, ale też metale czy fani techno. To jest chyba główna różnica między naszą publiką w Europie a USA.

Macie jakieś ulubione kraje w Europie do grania koncertów?

– Jest ich sporo, ale chyba najbardziej lubimy grać na Węgrzech, w Polsce i w Bułgarii.

{googleAds}
<script type=”text/javascript”><!–
google_ad_client = „pub-8321618055603731”;
/* 468×60, utworzono 09-01-18 */
google_ad_slot = „7635850052”;
google_ad_width = 468;
google_ad_height = 60;
//–>
</script>
<script type=”text/javascript”
src=”http://pagead2.googlesyndication.com/pagead/show_ads.js”>
</script>
{/googleAds}

A jeśli w Polsce, to gdzie?

– Na pewno Kraków i Warszawa, które obejmuje również nasza obecna trasa. W sumie to nie wiem, czy mieliśmy okazję zagrać gdzieś jeszcze. Nic nie przychodzi mi do głowy. Ale muszę przyznać, że miałem dziś okazję pokręcić się po okolicy i uważam, że Kraków to naprawdę piękne miasto.

A co sądzisz o naszej polskiej publiczności?

– Bardzo lubię tutaj grać. Zawsze dobrze się bawię, grając dla waszych ziomków. No i bardzo podobają mi się Polki. Piękne kobiety!

Gracie tysiące koncertów. Cały czas jesteście w trasie. Jak łączycie to z codziennym prywatnym życiem?

– Po prostu nie mamy dziewczyn. Ja np. mam tylko psa, którym, kiedy mnie nie ma, zajmują się moi rodzice. Jest bardzo ciężko połączyć trasy z życiem prywatnym. Dużo kobiet kreci się wokół nas, ale na stałe żadna nie daje rady. Moja ostatnia dziewczyna odeszła po paru tygodniach, bo nie mogła znieść mojego trybu życia. Co do przyjaciół też nie jest różowo. Każdy ma swoje codzienne życie i jest naprawdę mało czasu, aby móc utrzymywać z kimś regularnie kontakt.

Skoro jest tak ciężko, czy w związku z tym nie myślisz czasem, aby skończyć z ciągłymi trasami?

– Nie ma takiej opcji! Na pewno chciałbym mieć kiedyś żonę i dom, ale nie chcę porzucać swoich spraw i pasji.

Ignite był pierwszą kapelą, w której grałeś?

– Wcześniej udzielałem się w paru zespołach. Ale to Ignite zawsze był i jest najważniejszy.

Teraz robisz jeszcze coś na boku…

– Mam poboczny, akustyczny projekt Zoli Band. Realizuję tam swoje artystyczne pomysły, na które w Ignite nie ma miejsca. Dodatkowo prawie rok wspierałem szeregi Misfits oraz śpiewałem gościnnie na płytach Motorhead czy Pennywise.

Ignite pochodzi z hrabstwa Orange, miejsca mocno związanego z rozrywką. Umieszczane są tam akcje wielu filmów i seriali. Tam też swoje początki miał np. zespół Offspring. Czy to miejsce ma jakiś wpływ na waszą muzykę?

– W hrabstwie Orange powstało wiele dobrych kapel: Social Distortion, Pennywise, Offspring, Circle of Jerks czy Blackflag. To jest miejsce szczególne: plaża, słońce, ocean. Prawie każdy, kto tam mieszka, jest surferem. Na pewno ten klimat ma jakiś wpływ na muzykę, która tam powstaje…

Uważasz, że dzisiejsza scena rockowa jest przeludniona i aby przetrwać trzeba zostać zauważonym i zapamiętanym. Co robicie, aby to osiągnąć?

– Koncentrujemy się głównie na tekstach, które są dla nas bardzo ważne. Dlatego nie wydajemy płyt taśmowo, co rok, jak niektóre kapele. Zwracamy też dużą uwagę na melodyjność, bo wyjść na scenę i wydrzeć japę potrafi każdy. Chcemy, aby słuchacze nas rozumieli, wiedzieli, co mamy do powiedzenia.

Jak wygląda kalifornijska scena hc/punk? Jest tak samo silna jak scena bostońska czy nowojorska?

– U nas w Kalifornii, w miastach takich jak Los Angeles, San Francisco czy San Diego jest bardzo ciekawie. Scena ma się dobrze i jest zróżnicowana. Jednak silniejsze i mocniejsze jest zdecydowanie wschodzie wybrzeże.

Kiedy rozmawiałam ostatnio ze Stigmą, kazał przekazać wam, że was kocha. Kumplujecie się jeszcze z jakimiś ekipami ze wschodniego wybrzeża?

– Jasne! Mamy tam również sporo fanów. Lubimy tam grać z naszymi przyjaciółmi, np. z Sick Of It All, Agnostic Front czy Dropkick Murphys. Podoba nam się właśnie to, że oni grają inaczej niż my. Dzięki temu wspólne koncerty są urozmaicone i bardzo ciekawe.

Podczas zeszłorocznego Persistance Tour w Dreźnie mówiłeś, że scena to nie jest miejsce na walkę. Co sądzisz o przemocy na koncertach?

– Przemoc wszystko psuje. Kapele dają z siebie na scenie bardzo wiele. I kiedy widzi się ludzi, którzy zamiast dobrze się bawić, biją się gdzieś w kącie, to ręce opadają…

Śpiewacie o polityce, dyskryminacji, ekologii… Jaka jest główna myśl, którą chcecie przekazać swoim fanom?

– Chcemy nauczyć ludzi, aby szanowali siebie i innych. Niszcząc ziemię, działamy na własną szkodę. Pieniądze są ważne, ale nie najważniejsze.

Jesteście zespołem z zaangażowanym przekazem. Śpiewacie o ważnych dla was sprawach. A co sądzisz o zespołach ze sceny, które odcinają się od polityki i innych problemów współczesnego świata?

– Wszystko zależy od podejścia. Co kto woli… Są tacy, co wolą się w muzyce tylko bawić. Wiele osób nie lubi nas właśnie za nasze teksty i przesłanie. Próbujemy wytykać błędy i zmuszać do myślenia, a łatwiej jest przecież udawać, że wszystko jest super.

Działacie nie tylko poprzez waszą muzykę. Wspieracie też finansowo niektóre organizacje.

– Tak, rzeczywiście. Sporo tego jest – i organizacji ekologicznych, i charytatywnych. Udaje nam się na tym polu całkiem nieźle działać.

Dużo podróżujecie, więc macie możliwość porównania, jak wygląda podejście do ekologii w USA, a jak np. Polsce.

– Nie ma wielu różnic, ale wydaje mi się, że np. u was marnuje się dużo wody i brakuje pewnych regulacji prawnych, które wspierałyby ekologiczne podejście do życia

W Polsce jest głośno o Bushu i tarczy antyrakietowej. Co sądzisz o działaniach amerykańskiej władzy?

– Na szczęście jeszcze parę miesięcy i będziemy mieć tego kretyna z głowy. Mam nadzieję, że nowy prezydent i nowa władza będą lepiej sprawować swoje powinności.

Ostatnia płyta została wydana przez Abacusa. Czemu zdecydowaliście się na nową wytwórnię?

– Ciągle nagrywamy w Century Media. Abacus to część tej wytwórni, tyle że w Stanach jest ona kojarzona głównie z metalową sceną. Abacus został więc stworzony jako oddział, aby zająć się kapelami hc/punk.

Wiele amerykańskich magazynów i stron internetowych uznało wasz ostatni album za najlepszy krążek 2006 roku. Jak oceniasz tę płytę?

– Jesteśmy z niej bardzo zadowoleni. Włożyliśmy wiele pracy, aby ją nagrać. Z reguły swoje ostatnie albumy uważa się za najlepsze, bo to zawsze jakaś nowość.

W punkowym i hardcorowym stylu życia bardzo ważne są tatuaże. Większość amerykańskich kapel ze sceny jest mocno wytatuowana. Ignite bardzo się odróżnia na tym polu. Jakie macie podejście do tatuaży?

– Osobiście lubię tatuaże i mam ich sporo. Ale tatuaż musi dla mnie coś znaczyć, a nie tylko ładnie wyglądać. Mam np. na plecach flagę Węgier, bo jestem Węgrem z pochodzenia. Mam też wytatuowane motywy związane z rodziną.

Kto robi twoje tatuaże? Masz jakiegoś ulubionego artystę?

– Cenię sobie m.in. takich węgierskich artystów jak Sarkosi ze studia Dark Art z Budapesztu czy Zoli z Singer Tattoo. Za świetnego tatuatora uważam też Borysa. Wolę zdecydowanie tatuaże europejskie. Jest w nich więcej pasji i dobrej techniki.

Czy oprócz ciebie, ktoś z zespołu ma jakieś dziary?

– Niezbyt wiele. To są surferzy. U nas jest bardzo słonecznie i ludzie całymi dniami przebywają na plaży, opalają się, pływają. Z tego względu mało kto ma tatuaże.

Pewnie nie ma więc tam zbyt wielu studiów tatuażu?

– Pod tym względem znów dużo lepsze jest wschodnie wybrzeże. Mają więcej dobrych studiów. Najlepsze studio w Kalifornii to zdecydowanie High Voltage stworzone przez Kat Von D.

Rozmawiała Kaśka

(tłumaczenie Spooky)

* Rozmowa odbyła się podczas ostatniej europejskiej trasy Ignite, przed koncertem w krakowskim klubie Lochness w maju 2008 roku. Wywiad ukazał się też w lipcowym numerze „TattooFestu”.

Ignite

Wszystko zaczęło się w 1994 w hrabstwie Orange w Kalifornii. Wtedy to została powołana do życia kolejna kapela wykonująca muzykę hardcore/punk. Ignite szybko jednak przestał być zespołem jednym z wielu. Prawie od razu zaczęli dawać koncerty, a kilka miesięcy później wydali pierwszą płytę “Scarred For Life” (1994). Trzy pierwsze lata były wyjątkowo płodne w historii zespołu – nagrali aż siedem płyt. 1995 rok przyniósł trzy krążki: “In My Time”, “Call On My Brothers” i “Family” (zawieraja te same nagrania co “Call On My Brothers”), a 1996 – “Straight Ahead” (zawiera “In My Time” i pierwsze pięć piosenek z “Scarred For Life), “Past Our Means” oraz split z Good Riddance. W 2007 roku muzycy z Ignite postanowili połączyć siły z kapelą – X-Acto. Wspólnie nagrana przez nich płyta zawiera pierwsze cztery kawałki z “In My Time” oraz demo “Ash Return”. Jednak największe uznanie nie tylko na scenie hc/punk ale też komercyjne przyniósł im album “A Place Called Home” z 2000 roku. Również w 2000 r. wydali reedycję płyty sprzed pięciu lat “Call On My Brothers”. Dwa lata temu wydali swój ostatni album “Our Darkest Days”. Kawałki Ignite można znaleźć również na kilku składankach, m.in. na “Guilty By Association” (1995), “Against The Stream” (1996), “Punk vs. Ska: Round 2” (1997), “As The Sun Sets” (1999), “Revelation Records 100” (2002) czy “Our Impact Will Be Felt” (2007).

Ignite grają już 14 lat, bardzo dużo koncertują, a ich gigi cieszą się niesłabnącym powodzeniem. Nic dziwnego. Ich muzyka to połączenie melancholijnego wokalu i żywiołowej muzyki. Trafia do serc słuchaczy, którym udziela się pozytywna energia płynąca ze sceny. Dzięki temu granica miedzy zespołem a publiką wydaje się nie istnieć. Mimo iż Ignite gra muzykę łatwą i przyjemną dla słuchaczy, nie skomercjalizował się. Dodatkowo, dla Ignite świetna muzyka i dobra zabawa to nie wszystko. Nie byłoby zespołu bez specyficznych, zaangażowanych tekstów. Większość kawałków ma podłoże społeczne lub polityczne, które edukują słuchacza i zmuszają go do myślenia. Poza tym muzycy aktywnie wspierają i wspomagają finansowo organizacje ekologiczne i charytatywne.

Ignite od 14 lat wciąż pozostaje marką samą w sobie. Stał się zespołem niemalże kultowym. Obecny skład Ignite to: Zoli Téglás – wokal, Brian Balchack – gitara, Nik Hill – gitara, Brett Rasmussen – bas i Craig Anderson – perkusja.

www.igniteband.com

www.myspace.com/ignitemusic

 

{phocagallery view=category|categoryid=27| limitstart=0|limitcount=28|detail=5|displayname=1| displaydetail=1|imageshadow=shadow1}

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *