Szczecińska masakra

Pin It

Tegoroczna konwencja w Szczecinie długo stała pod znakiem zapytania. Nikt nic nie wiedział, na stronie było niewiele informacji. Nadal zresztą nie ma na niej nic o wystawiających się tatuatorach. W końcu jednak się odbyła. Z jakim skutkiem? Chyba i dla organizatorów, i dla uczestników lepiej by było, żeby w ogóle nie miała miejsca.

Wiele zrażonych do tatuatorskich imprez osób, powszechny niesmak, dla wielu stracony czas i pieniądze – to skutki X Szczecińskiego Festiwalu Tatuażu, który odbył się 8-9 listopada. Niedociągnięć było mnóstwo: chwilowe braki wody i prądu, wszechobecny syf, szczególnie w łazience, zero atrakcji i totalna dezorganizacja. Wystawcy, którzy zjawili się w Szczecinie, walczyli z przeszkodami ze wszystkich sił. Jakoś sobie poradzili, ale wielu z nich zapowiada, że więcej na tym festiwalu się nie pojawi.

{googleAds}
<script type=”text/javascript”><!–
google_ad_client = „pub-8321618055603731”;
/* 468×60, utworzono 09-01-18 */
google_ad_slot = „7635850052”;
google_ad_width = 468;
google_ad_height = 60;
//–>
</script>
<script type=”text/javascript”
src=”http://pagead2.googlesyndication.com/pagead/show_ads.js”>
</script>
{/googleAds}

A w tym roku, zachęceni zapowiedziami ciekawej imprezy z wystawami i pokazami, przybyli licznie. Zjawiło się 6 z 10 szczecińskich studiów: Anabi-Tattoo, Gonzo, Wolf, Barttattoo, Dead Orange i LucyFire oraz przedstawiciele innych miast: Gulestus z Warszawy, Monster Tattoo z Poznania, Kult z Krakowa, Artline z Rybnika, Tryton z Bielska-Białej, D3XS z Gliwic, Ultra Tattoo z Wrocławia, Tattoo Vitt ze Stargardu Szczecińskiego, Kameleon i Krokodyl z Koszalina, Star City z Pabianic, Kastet z Piaseczna, Szubert z Przemyśla oraz Tat Studio z Gdańska. Z innych wystawców obecne były firmy z tatuatorskim sprzętem: Cybertattoo i Workhouse oraz Pogo z branży odzieżowej.

Zdecydowanie najciekawszą częścią szczecińskiej imprezy był festiwalu „Noise & Blood”, czyli szereg pokazów, wystaw i występów związanych z kultem ciała z udziałem grup nie tylko polskich ale również zagranicznych. Była to jednak impreza niezależna od konwencji.

Poniżej krótka relacja Anabiego, tatuatora ze Szczecina:

Konwencja miała w tym roku nową lokalizację. Odbywała się w tym samym szczecińskim klubie Crossed, ale piętro wyżej niż w tamtym roku. Pewne niedociągnięcia z IX odsłony poprawiono. Było lepsze wyposażenie boksów, bony na ciepłe jedzenie do zrealizowania na dole oraz, co bardzo ważne, nikt nie przymarzał! 🙂 Niestety impreza rozpoczęła się z opóźnieniem spowodowanym odcięciem prądu w wieczór ją poprzedzający. W związku z tym scena była skręcana już podczas rozkładania się wystawców…

Prowadzący, Koniu z BIG CYC sprawował się niesamowicie! Sypał żartami i rozkręcał imprezę. Niestety, tuż po konkurencji tatuaż czarno/biały mały zgasły światła… Z powodu poważnej awarii niezależnej od organizatorów (jej początek miał miejsce właśnie wieczór wcześniej – koparka na pobliskiej budowie przecięła jakiś ważny węzeł i pół dzielnicy nie miało elektryczności) dostawa prądu i wody została wznowiona dopiero koło godziny 20, co rozłożyło imprezę na łopatki. Zwiedzający poszli do domu, a wystawcy zostali i wreszcie mieli czas na pogadanie ze sobą przy świecach 😉 Gorzej czuli się klienci, którzy po przerwie musieli z powrotem usiąść pod maszynę.

Wieczorem odbył się tylko konkurs na tatuaż dnia, jednak było bardzo mało skończonych prac. Stracone konkurencje próbowano nadrobić w niedzielę. Jury pracowało niemal bez przerw, przeglądając prace kandydatów. Niestety, wybrany naprędce nowy skład jury, ponieważ wczorajszy się wykruszył, nie trzymał się ustalonych na nowo po awarii prądu godzin odbywania się konkurencji, tylko „jechał” jak leci. To wprowadziło sporo zamętu i wiele osób nie wystawiło ciekawych prac w swojej kategorii.

Ogólnie na imprezie nie było żadnych „atrakcji” prócz pokazów konkursowych i art fusion. Frekwencja w niedzielę była naprawdę bardzo mała. Całą impreza kosztowała mnie bardzo wiele nerwów i była najgorszą, na jakiej byłem….

 

I jeszcze dwie ciekawe opinie o festiwalu z serwisu Tattooart:

Siwicki: Dla mnie lipa na maksa! Dotarłem tam na drugi dzień. Po przejechaniu x razy obok budynku, w którym odbył się ten konwent i uświadomieniu sobie, że jednak się nie mylę i jestem na miejscu, zaparkowałem auto, wyszedłem i dalej nie wierzyłem. Potem wejście po jakiejś zajebanej klatce schodowej. Masakra! Wciąż uczucie jakbym był w ukrytej kamerze. Ktoś z góry krzyknął, że to tu! Jak już dotarłem do drzwi, nie wiedziałem, jak oni to poznali. Chyba po dwóch małych odrapanych plakatach wiszących na drzwiach. Pomyślałem sobie, że może to tak ma być, taki klimat czy coś. Ale dotarło do mnie, że nie. To po prostu tak wyglądało: folia w oknach, temperatura taka jak na zewnątrz, zaplecze gastronomiczne ,,pierwsza klasa” (brak słów), puste boksy. Podejrzewam, że ludzie po pierwszym dniu mieli dosyć. Zainteresowanie konwencją przeogromne, może z 10-15 osób krzątających się między boksami. Myślę, że na frekwencję wpłynęła opinia z wcześniejszego dnia lub sprzed roku. I Koniu stający na uszach, żeby coś z tej imprezy wykrzesać. Poza tym brak sklepu z kolczykami, brak miejsca do siedzenia i to nie ze względu na frekwencję odwiedzających, brak normalnej toalety (w damskiej ogromna szpara w drzwiach i totalny syf) i te zmarnowane twarze uczestników, którzy byli zmarznięci i głodni.

Dla mnie ten konwent to totalna porażka. Nigdy więcej nie pojadę do Szczecina. I nawet nie chodzi o kasę, którą musiałem w to włożyć. Było mi cholernie wstyd, ponieważ oprócz żony i dziecka zabrałem tam ze sobą dwóch kolegów, nie wiedzących jak wygląda taki konwent i jak wygląda w Polsce scena tatuażu. Szkoda, że ta impreza zrobiła na nich takie wrażenie, bo jeśli chodzi o uczestników to naprawdę było zacnie. Moim zdaniem Szczecin odwiedziła większość najlepszych tatuatorów w kraju. Szkoda tylko, że tak zostali przyjęci. Tak odbieram szczecińską konwencję.

Alucardpl: Pierwszy raz bylem tam dwa lata temu. Była to moja pierwsza konwencja i nie wiedziałem, czego oczekiwać. Potem był Kraków i Łódź. To trochę zmieniło moje podejście do tego typu imprez.
Stwierdziłem wtedy, że w Szczecinie nie było za fajnie. W zeszłym roku mnie tam nie było, ale spodziewając się klimatu, nie
żałowałem. Tegoroczny konwent miał być przełomowy. Pojechałem więc z moją lubą, bo jeszcze na takiej imprezie nie była. Poza tym chciałem wystawić łapkę w konkursie (czarno/biały powyżej A4 :-). Bilety kupione na jeden dzien, ale nocleg w Szczecinie i tak być musiał, bo połączenie z 3city jest kiepskie.
Miejscówa imprezy jak zwykle ta sama. Dobrze, że nie odbywała się w podziemiach jak dwa lata temu, tylko na pietrze. Dojazd spod dworca specjalnym busem. Gorzej z powrotem, nie widziałem żadnego busa i trzeba było rwać taryfę. Gastronomia, hmmm… Piwo, herbata, kawa, grill… Ja tam i tak nic nie piłem i nie jadłem. Temperatura w miarę ok – przynajmniej para z ust nie leciała jak dwa lata temu. Prowadzenie imprezy – ktoś to wszystko trzymał w kupie. Klimat i towarzystwo, hmmm… Napiszę to lajtowo: klimaty raczej sportowo-siłowe .
No i największa frajda! Brak prądu. Nie wiem, co się dokładnie stało, ale przez to odwołali moją konkurencję, wiec ch…, bombki strzelił jednym słowem. W sumie głównie dlatego tam jechałem.
Mój wniosek jest taki: w przyszłości, tylko dla spania w hotelu i żarcia w restauracjach i fast foodach, raczej nie będę jechał na ten konwent.

Więcej opinii na temat imprezy na forum www.tattooart.pl

 

{phocagallery view=category|categoryid=19| limitstart=0|limitcount=12|detail=5|displayname=1| displaydetail=1|imageshadow=shadow1}

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *