Wywiad z Rafałem „Kazi” Kasprzakiem z Alians

Pin It

Po latach czekania wreszcie na półki trafiła kolejna płyta zespołu Alians. „Egzystencjalna rzeźnia” ukazała się na dwóch nośnikach – CD i winylu. Już tylko do końca tygodnia można jej słuchać za darmo na myspacie zespołu. O tym, czemu przyszło nam tak długo czekać na nową płytę, o muzycznej ewolucji kapeli i punkowych ideałach rozmawiamy z gitarzystą i wokalistą Alians, Rafałem „Kazi” Kasprzakiem.

Na waszą nową płytę trzeba było czekać cztery lata. Czemu aż tyle?
Rafał „Kazi” Kasprzak:
Cztery jeśli liczyć czekanie od momentu wydania naszej ostatniej epki, a od dużej płyty to aż siedem. My sami nie mogliśmy się doczekać. O przyczynach tu i ówdzie opowiadałem, a nie chciałbym swoimi nieszczęściami zatruwać radości chwili i umysły odbiorców. Krotko mówiąc, jak to kiedyś powiedział mój przyjaciel Kuba z Całej Góry Barwinków – limit pecha wykorzystaliśmy na najbliższe 20 lat. Zaczęło się od połamanej w czterech bodaj miejscach nogi naszego perkusisty, a potem było już tylko pod górkę, bo to jedno wydarzenie pociągnęło za sobą wiele komplikacji. Mieszkamy w małym mieście i nie da się sklejać składu ot tak sobie. Zresztą po różnych przygodach w przyszłości, bardzo nie chcieliśmy tu mieć kogoś przypadkowego. Tworzymy dość specyficzną muzykę i gdy jest w kapeli ktoś nowy, zwłaszcza bębniarz, to musi minąć dłuższy czas, zanim się poczuje komfortowo w tym, co gramy. A sam Pawełek po swoim wypadku dochodził i odchodził z kapeli dwukrotnie, w zależności od tego, czy lekarze mu pozwalali grać. Każda taka perturbacja to trzy miesiące w plecy. Stąd przerwy w nagrywaniu, które z kolei spowodowały kolosalne przekroczenie kosztów nagrania płyty, a to z kolei zmianę wydawcy, co wiązało się z różnymi formalnościami. I znów stratą czasu.

Te ostatnie lata nie były chyba dla was aktywne również koncertowo?
– Tak to wyglądało z zewnątrz. Wewnątrz kapeli jednak tak naprawdę mnóstwo się działo, choćby to, że kilkukrotnie trzeba było kapelę ratować. Były takie momenty, kiedy myślałem, że tego się już nie uda kontynuować. Przetrwanie kapeli kosztowało nas sporo czasu. Jestem naprawdę szczęśliwy, że to się udało i że wbrew temu wszystkiemu nagraliśmy płytę, która jak dla mnie jest milowym krokiem w historii zespołu. Koncertów może nie graliśmy wiele, ale jednak dość regularnie. Przez ostatnie cztery lata zdążyliśmy być dwukrotnie na Litwie, raz  w Anglii, graliśmy też praktycznie w każdej części Polski. Wiadomo, że chciałoby się więcej, ale tyle po prostu byliśmy w stanie zrobić.

Jednak jeśli już pojawialiście się na żywo, to raczej na dużych festiwalach czy koncertach juwenaliowych. Wolicie tego typu koncerty niż imprezy w małych klubach?
– To nie tak. Problem leży zupełnie gdzie indziej – w zespole w tej chwili regularnie gra 8/9 osób (te drobne wahania stąd, że czasem powiększa się nam sekcja dęta o jakichś kumpli). To oznacza, że już sam transport zespołu to spore koszta. Zwróć uwagę, że bardzo niewiele kapel na polskiej scenie o tak rozbudowanych składach w ogóle przetrwało. Właściwie to nie wiem, czy przetrwała jakakolwiek, może poza składami typowo reggae, a i one zwykle są mniejsze. My wynajmujemy dość drogi transport i pewnie teoretycznie moglibyśmy poszukać tańszego, ale w dawnych czasach, gdy tak robiliśmy, przejazd był ciągłym stresem. 10 lat temu, gdy po raz kolejny, zimą przepchaliśmy samochód w nocy przez Wrocław, powiedziałem sobie basta – nigdy więcej. Zresztą jeżdżenie tanim transportem oznaczało totalny brak szacunku dla organizatorów koncertów. Do tego dodaj to, że chciałbym chłopakom po koncercie dać choćby minimalne kieszonkowe, aby mogli zjeść obiad jak ludzie. To chyba nic złego? I okazuje się, że wiele klubów po prostu nie jest wstanie udźwignąć naszego koncertu. Czasem możemy dopłacić, ale nie za często.
Inna rzecz, że ja nie lubię podziału: duże koncerty i małe imprezy. Imprezy są dobre albo nie. Czasem bywa tak, jak na naszym ostatnim koncercie w Ostródzie. Był jakąś tam rockową majówką, ale robił tę imprezę bardzo fajny gość, który kiedyś organizował nam jak najbardziej niezależne, klubowe imprezy. To jest wyraz pogardy, gdy ktoś mówi – nie lubię dużych imprez – bo w nie też organizatorzy wkładają czasem sporo serca. Nie uogólniałbym.

Wydaje mi się, że wasza muzyka z płyty na płytę ewoluowała od zadziornego połączenia ska, folk i punka do typowego jamajskiego ska. To przemyślane działanie zespołu?
– Bo ja wiem, czy my gramy typowo jamajskie ska… Obawiam się, że prawdziwi miłośnicy takiej muzy (zresztą sam się do nich zaliczam, w przeciwieństwie do ska „współczesnego”, które niespecjalnie lubię) mocno by się na te słowa skrzywili. Ska jest tylko jedną z wielu inspiracji. Kochamy muzykę i nie potrafimy ograniczyć się do jednego stylu, nawet gdy chodzi o słuchanie, a co dopiero granie. Zdziwiłabyś się, widząc płyty w naszych domach. Więcej tam hardcora niż jakiejkolwiek jamajszczyzny. Natomiast słusznie prawisz, mówiąc „ewolucja”. Niektóre sprawy już zagrałem i zaśpiewałem, i nie mam ochoty się powtarzać. Jeśli ktoś twierdzi, że najciekawsza jest nasza pierwsza demo taśma sprzed 20 lat, to znaczy, że albo jest głuchy, alby – co bardziej prawdopodobne – prezentuje taką dość powszechną postawę „sentymentalnego odbioru” – którą rozumiem, ale której nie lubię. „Egzystencjalna rzeźnia” jest płytą o niebo lepszą, dojrzalszą i bardziej dopracowaną. Kto uważnie posłucha, dostrzeże nawet, co chcieliśmy poprawić po „Pełni”.

Planujecie promocyjną trasę z okazji wydania nowego krążka?
– Zorganizowanej dużej trasy nie zagramy z powodów, o których już mówiłem. Wyobraź sobie koszt zorganizowania trasy 9-osobowego zespołu. Ale nasza aktywność koncertowa na pewno będzie większa. Już jest sporo propozycji, a my na pewno mamy więcej energii, by to robić.

20 lat na scenie to szmat czasu. Kiedyś uważaliście się za zespół punkowy. Nadal tak jest czy określenie „punkowy” już nie jest dla Was tak istotne?
– O kwestie mentalne pewnie najlepiej, gdybyś pytała w kapeli każdego z osobna. Sam Ci odpowiedzieć nie umiem z tej prostej przyczyny, że jakby z zasady „określania” nie mają dla mnie większego znaczenia. Podobnie jak regulaminy czy standardy. Natomiast całe swoje świadome życie spędziłem w punk rocku i to jest ta najważniejszą przygoda mojej egzystencji. Inna rzecz, że gdy zakładaliśmy Alians było dla nas jasne, że punk rock znaczy otwartość, różnorodność i szacunek. Gdy słyszę współczesne punkowe deklaracje, to tych dwóch pierwszych znaczeń nie widzę wcale, a trzecie często bywa pustym słowem. Ale i tak nigdzie nie czuję się tak dobrze, jak tu.

Czy uważasz, że przez ten czas zmieniliście się i wy, i świat dookoła was?
– Byłoby absurdem, gdybym twierdził, że jestem takim samym człowiekiem, jakim byłem 20 lat temu. Ja po prostu w tej chwili jestem mądrzejszy, sympatyczniejszy i lepiej śpiewam. Z tym co prawda wielu ludzi pewnie się nie zgodzi, w końcu nie każdy zna się na ludziach i ma słuch muzyczny. Na pewno prezentuję większy luz i dystans do rzeczywistości. Kiedyś byłem straszliwym nerwusem i generalnie typem nie do wytrzymania. I taka ewolucja dotyczy pewnie większej części kapeli, bo nigdy nie było w niej tak dobrej atmosfery, jak jest teraz. A świat? A co nas to obchodzi? Kiedyś był wobec nas wredny i to się nie zmieniło, chociaż gdybym powiedział, że w moim kraju żyje się tak samo ciężko, jak te 20 lat temu, to bym jednak był debilem. Niemniej nadal pozostaję lewakiem, snobem i ateistą.

A jak przez te 20 lat zmieniał się skład zespołu? Trzon pozostał chyba taki sam?

– Tak naprawdę, spośród trzech „członków – założycieli” Alians zostałem tylko ja, ale Korabol doszedł do kapeli w drugim roku jej istnienia i bez wątpienia jest osobą, bez której nie można sobie tej kapeli wyobrazić. Sekcja dęta gra w zespole od kilkunastu lat. Pióro, basista, gra od siedmiu, ale właściwie był kumplem zespołu od zawsze. Organizował nam wcześniej niejeden koncert. Czajnik, nowy gitarzysta, gra niby od czterech lat, ale to znajomek, który pogrywał z nami jeszcze przed powstaniem kapeli. O ile można tak powiedzieć, bo był wtedy zupełnym dzieciakiem i pewnie tylko dlatego nie wzięliśmy go wtedy do kapeli. Najnowsze nasze nabytki to bębniarz Mirek, który jednak jako bębniarz Jafii Namuel był zawsze dobrym kumplem i grająca na klawiszach Magda, która faktycznie jest młodą osobą, ale od wielu lat była, jakkolwiek by to głupio nie brzmiało, fanką zespołu i jeździła na koncerty. Gdy zaczęła z nami grać, to znała cały repertuar lepiej, niż niejeden z nas. Jak więc widzisz – niby przez te lata coś tam się zmieniało, ale jak jedziemy busem, to mam odczucie, jakby jeździł z tymi samymi ludźmi od zawsze.

Następny krążek ukaże się szybciej?

– Tfu, nie zapeszajmy. Poprzednio byłem pewien, że płytę wydamy po dwóch latach, a wyszło jak wyszło. Teraz też mam zamiar wydać następny materiał za dwa lata, ale zobaczymy. To zresztą nie tylko od nas zależy. Wszyscy wydawcy, i komercyjni, i niezależni, zgodnym chórem narzekają na sprzedaż płyt i równie zgodnie twierdzą, że niedługo w ogóle przestaną je wydawać, skoro ludzie wolą ściągać je z netu, niż mieć na półce oryginał z okładką. Nam pomysłów i chęci na pewno nie brakuje.

Więcej: ALIANS

{googleAds}
<script type=”text/javascript”><!–
google_ad_client = „pub-8321618055603731”;
/* 468×60, utworzono 09-01-18 */
google_ad_slot = „7635850052”;
google_ad_width = 468;
google_ad_height = 60;
//–>
</script>
<script type=”text/javascript”
src=”http://pagead2.googlesyndication.com/pagead/show_ads.js”>
</script>
{/googleAds}   

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *