Wywiad z Zappą i Sidem, część I

Pin It

Są świetnymi tatuatorami, ale często wolą zrobić nowy stół czy położyć kafelki niż wykonać kolejny tatuaż. Malują, rysują, fotografują, grają namiętnie w Xboksy. Uwielbiają naturę, sopockie mewy i dziki, dom na wsi i swoje koty, które mieszkają razem z nimi w studiu Cykada. Mimo iż twierdzą, że nie lubią wywiadów, jak już się rozkręcą, rozmowa sama się toczy. Nasze pogaduchy były tak interesujące, że nie skończyło się na kilku pytaniach, a my jesteśmy zmuszeni podzielić wywiad na dwie części. Prezentujemy I część wywiadu z Zappą (Wojtkiem Janiszewskim) i Sidem (Jaromirem Mucowskim).


Zappa to już legenda polskiego tatuażu. Tatuuje od 17 lat. W 1996 roku wyjechał z kraju, by szlifować umiejętności za granicą. Ponad 10 lat spędził w berlińskim studiu Marca D. – Nighliner. Pięć lat temu poznał Sida, który zaczął tatuować nieco później – w 2002 roku. Między tatuatorami od razu nawiązało się porozumienie. Z czasem postanowili wrócić do kraju i wspólnie otworzyć studio. Tak narodziła się sopocka Cykada.Remont studia
W I części wywiadu z tatuatorami z Sopotu prezentujemy trochę ciekawostek z prywatnego życia chłopaków. W II części Sid i Zappa opowiedzą miedzy innymi o polskiej scenie i polskich konwencjach.

Kiedy i jak się poznaliście?
Sid: W internecie. Bawiłem się wtedy w domu jakimś śmiesznym sprzętem. Byłem typowym domowym skreczerem. Po miesiącu korespondencji z Zappą nadarzyła się okazja do spotkania, bodajże na konwencji w Szczecinie w 2003 roku. To była zresztą pierwsza i ostania polska konwencja, na której byłem. Potem pojechałem do Berlina i tam poznałem ekipę ze studia Nightliner, a później Outback.
Zappa: Nasze poznanie się to czysty przypadek. Ponad pięć lat temu znalazłem w internecie stronę Sida z bardzo dobrymi pracami, jak na początkującego tatuatora. Miał sporo świetnych rysunków i robił najrówniejsze linie, jakie kiedykolwiek widziałem. Nawiązała się między nami internetowa znajomość połączona z wymianą informacji na temat aspektów tatuowania. Przez te kilka lat chyba obaj podświadomie przeczuwaliśmy, że kiedyś będziemy razem pracować. Pierwsza okazja nadarzyła się w Nightlinerze w Berlinie. Marc D. potrzebował nowego współpracownika na miejsce odchodzącego tatuatora. Tak się złożyło, że Sid wskoczył na to miejsce prosto z greckiego studia.
Sid: Nightliner był jednak później. Pierwszym studiem, w którym zacząłem pracować po roku tatuowania w domu, było studio znajomych Zappy, na obrzeżach Berlina – Outback. Było to najlepsze studio, w jakim pracowałem.
Zappa: Chyba najbardziej profesjonalne.

Sid, jak wyglądała twoja droga do studia Nightliner, a potem do Cykady?
Sid: Po roku pracy w Outback na skutek nieporozumienia z szefem (świetnym zresztą człowiekiem), i mojego wyjazdu, przestałem tam pracować. Potem tatuowałem trochę w Anglii, a następnie zahaczyłem o Włochy, gdzie chciałem wraz z kolegą otworzyć własne studio. Plan jednak nie wypalił. Kolejnym etapem był Wrocław i propozycja pracy u Grzegorza Małka. Jednak w tym samym dniu, gdy miałem z nim o tym rozmawiać, zadzwonił do mnie Michalis z greckiego studia Extreme Shop i na podstawie mojego portfolio zaproponował pracę. Po tygodniu byłem już na miejscu i rozmawiałem z szefem. W Grecji siedziałem równo rok. Odwiedził mnie tam Wojtek i wtedy narodziła się idea wspólnego studia i pomysł z koszulkami.

Tak powstała Cykada.
Sid: Na nazwę dla studia szukaliśmy czegoś greckiego. Przyszło nam do głowy słowo „malaka” – najpopularniejsze greckie słowo, określenie onanisty, którego grecy używają tak, jak u nas słowa „kurwa” (bez znaczenia). To był pierwszy pomysł. Stanęło jednak na słowie „cykada”. Cykada to owad, którego nigdy wcześniej nie widziałem na oczy, a który robi tak potworny hałas, że nie da się rozmawiać.
Zappa: Sid znalazł wtedy taką cykadę i próbował ją nawet ściągnąć z drzewa 🙂

Czemu zdecydowaliście się wrócić do Polski i tu otworzyć swoje studio, a nie na przykład w Berlinie?
Sid:
Bo tu jest lepsza kasa 🙂
Zappa: Byłem zmęczony atmosferą berlińskiego studia. Miałem dość niemieckich klimatów i niemieckiej mentalności. Będąc tam, musisz się liczyć z tym, że jesteś obywatelem drugiej kategorii. Dlatego postanowiłem wrócić. Mam poza tym w zachodnio-pomorskim gospodarstwo rolne, którym chciałem się zająć. Bo ja tak naprawdę jestem wieśniakiem z wyboru (rolnikiem – przyp.red.). Roli nie uprawiam, ale na dopłaty się łapie 🙂 Wieś jest teraz naszą bazą wypadową.

A dlaczego otworzyliście studio akurat w Sopocie?
Sid:
Miało być blisko domu na wsi Zappy. Mieliśmy do wyboru kilka lokalizacji. Myśleliśmy nad Szczecinem, ale ma kiepska architekturę, więc odpada 😉 Potem był Kołobrzeg. Tam może jest fajnie zjeść rybę i wejść do wody, ale nic poza tym. To samo Koszalin. Sopot jako miasto jest atrakcyjne. Jest czym się tu zająć. Poza tym jest morze, mewy i dziki.
Zappa: Jest po prostu natura i spokój. Tego szukaliśmy.

Nie nudzi się wam mieszkanie na uboczu (studio nie znajduje się w centrum Sopotu), po pracy w dużych europejskich miastach?
Zappa: Nie za bardzo. Wymyśliliśmy sobie zresztą ciekawy system: 20 dni ciągłej pracy i 10 dni wolnego.
Sid: Studio pracuje 31 dni w miesiącu dzięki temu, że się „wymieniamy”.
Zappa: W wolnym czasie można gdzieś wyjechać, oderwać się od pracy. Ja jednak nie tęsknię za dużym miastem, dlatego zwykle wyjeżdżam na wieś. Z drugiej strony, Trójmiasto ma w sumie milion mieszkańców, czyli nie jest takie małe. To tak naprawdę druga metropolia w Polsce po Warszawie.

A klienci łatwo docierają do Cykady? Biznes się kręci?
Zappa:
My się kręcimy po pustym studiu 🙂 Tak naprawdę, to pomaga nam Maciek (Seagull Tattoo – przyd. red.), podsyłając regularnie klientów. Lokalnych klientów nie mamy.
Sid: Zdecydowanie więcej klientów mamy z Niemiec. Jeśli Polacy, to też głównie przyjezdni: z Łodzi, Warszawy czy Krakowa. Przeważnie są to ludzie, którzy nas znają. Nie mamy żadnej reklamy w Trójmieście, informacje o studiu rozchodzą się pocztą pantoflową.
Zappa: I mniej więcej o to nam chodziło.

Wróćmy trochę do historii Zappy. Pamiętasz początki swojego tatuowania?
Zappa:
To już czasy prawie prehistoryczne… W 1994 roku otworzyłem studio Kelten w mieście Kędzierzyn Koźle. Miało ono dwie lokalizacje i istniało dwa lata. Początkowo miałem tam jednego lub dwóch klientów na tydzień. Dorabiałem sobie, wyrabiając napisy i reklamy na szyby. Od tego w sumie zaczęło się wszystko kręcić. Przychodziło coraz więcej ludzi. Byłem wreszcie w stanie utrzymać studio z tatuażu. Później wypowiedziano mi lokal. O nowe miejsce nie było łatwo w tamtych czasach. Miałem tego serdecznie dość. Zbiegło się to w czasie z konwencją w Karlsruhe. Tam trafiłem do studio Mystic Tattoo. To było mafijno-gangsterskie miejsce, także było ciekawie. Szukałem jednak czegoś bliżej granicy. Bo jednak Karlsruhe to kawał drogi. Po roku znalazłem w gazecie ogłoszenie Marca D., że szuka współpracownika do nowo otwartego studia. Wysłałem mu swoje zdjęcia i zaproponował, abyśmy się spotkali. Tak nawiązała się nasza współpraca.

Przez te lata również dużo podróżowałeś…
Zappa:
Moją główną miejscówką był Berlin. Jednak w każdej wolnej chwili starałem się odwiedzać Szwecję. Tam jest według mnie zupełnie inny świat… Również w tatuażu. Tatuatorzy kładą nacisk na całkiem inne rzeczy niż w Polsce. System funkcjonuje tam trochę jak w krzywym zwierciadle. Dla przykładu, tamtejszy sanepid nie walczy ze studiami tatuażu, tylko uczy i współpracuje. W Polsce główny nacisk kładzie się na to, żeby człowieka upierdolić – z góry zakłada się, że naszym celem jest zarażenie klienta jakąś chorobą i zrobienie mu krzywdy. Tam byłem natomiast świadkiem, jak kobieta przyszła zaprosić tatuatorów na kurs pierwszej pomocy. Do tego w Szwecji jest mnóstwo świetnych artystów, raczej mało znanych w Polsce. Polecam szczególnie Daniela Dufo i Kinga Carlosa. Do tego miałem szczęście poznać osobiście (muszę zaznaczyć, że był to dla mnie zaszczyt) Doca Foresta. To żyjąca legenda europejskiego tatuażu.

Wcześniej, jeszcze w Polsce, współpracowałeś z pismem wolnościowo-anarchistycznym „Mać Pariadką”. Nadal czujesz się anarchistą?
Zappa:
Współpracowałem nie tylko z „Mać Pariadką”, ale też z magazynem „Beak” – pierwszym wegetariańskim pismem w Polsce. W ogóle miałem szczęście do pierwszych polskich wydawnictw. Miałem okazję współtworzyć między innymi pierwszy undergroundowy polski komiks. Jeżeli chodzi natomiast o „Mać Pariadkę”, to nie byłem z nią związany czysto ideologicznie, ale sympatyzowałem i udzielałem się w różnych ich akcjach np. przeciwko służbie wojskowej, przeciwko wprowadzeniu religii do szkół czy przeciwko konkordatowi. Byłem dość aktywny w środowisku anarchistycznym, bo to dawało mi pewne poczucie wolności. Było dla mnie ważne to, że buduję jakąś swoją przestrzeń. Z tego wszystkiego jakieś tam idee wolnościowe mi zostały. Jak choćby pomysł z przeniesieniem się na wieś, aby mieć miejsce, do którego mogę uciec, gdzie mogę oderwać się od systemu.

Dziennikarsko udzielałeś się też w najstarszym magazynie tatuatorskim „Tatuaż, ciało i sztuka”.
Zappa:
Pisałem, robiłem wywiady. Miałem nawet legitymację dziennikarską. Ale ogólnie to według mnie nudna praca. Tak samo jak tatuowanie 🙂 Myślę, że wykończeniówka – kafelki, regipsy – to jest to. Daje tyle możliwości… Remontujemy już od pięciu lat. Teraz jeździmy w wolnych chwilach na wieś, robimy meble, modernizujemy dom.

Wolicie tatuować czy rysować?
Sid:
Powiem szczerze, że czasem nie chce mi się już tatuować. Wiem, że jeszcze wiele nie osiągnąłem, ale to jest nudne. Czasem bywa tak, że rysujesz jak głupi przez 10 godzin, przychodzi klient i mówi: „Nie! Chcę coś innego”. To nie jest zabawne.
Zappa: Sam robiłem ostatnio szkic, który zajął mi sześć godzi rysowania i koleś się po to nie zgłosił.
Sid: Tak więc tatuowanie często jest do dupy. Natomiast rysowanie czy malowanie jest dużo fajniejsze i jest ciekawą odskocznią. Ja w sumie zacząłem tatuować, aby zarabiać pieniądze na farby w spray’u. I do tego właśnie bardzo często się to sprowadza. Tatuowanie to praca. Jeden wstaje rano i zapieprza do biura, a my do studia. Jeden składa papierki, jak kończy pracę, a my wyłączamy maszynki i idziemy… rysować dla klientów. Jak się tatuuje non stop przez osiem godzin to czy to może być cały czas wciągające? Gdzie tu jest czas na zabawę? Nie ma!

Sid, a rzeźbienie? Lubisz to?
Sid:
Kiedyś rzeźbiłem – to stara historia. W rzeźbienie wprowadziła mnie moja mama, ale zostawiłem to. Chętnie bym porzeźbił, ale nie mam czasu. Teraz uczę się malować. Tak naprawdę to my robimy bardzo dużo rzeczy. Jak chcesz, to możemy ci na przykład zrobić stół. W naszym studiu wszystko zrobiliśmy sami. Ściany, podłogi, sufity. No może poza hydrauliką, bo nie mieliśmy sprzętu.
Zappa: Do tego jesteśmy namiętnymi fanami Xboksów. Uwielbiamy zabijać Niemców, Arabów, Turków, Żydów. Zabijamy wszystko, co żyje 🙂

Remontujecie, robicie meble, tatuujecie, gracie w gry, malujecie, rysujecie, fotografujecie, robicie swoją stronę internetową. Kiedy znajdujecie czas na to wszystko?
Zappa:
Ty się lepiej zapytaj, kiedy my znajdujemy czas na spanie. Nasze sesje remontowe trwały często 11 godzin dziennie. Pracowaliśmy do szóstej rano.
Sid: To stwarzało zabawne sytuacje. Sąsiadka szła spać, my remontowaliśmy. Wstawała, my nadal remontowaliśmy…

Przepytywali KaśkaHCT i Ernest

www.cykada.org

www.myspace.com/sideusz

www.myspace.com/zapparazzi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *