Muzyka bez granic. Wywiad z Albinem, gitarzystą The 30th of July

Pin It

30 lipca w klubie Lizard King w Krakowie odbył się premierowy koncert zespołu The 30th of July promujący ich debiutancką płytę. Płytę nagrywali prawie rok za własne pieniądze, dlatego impreza premierowa była dla nich bardzo ważnym wydarzeniem. Organizacją i dopięciem koncertu na ostatni guzik zajął się gitarzysta zespołu Albin Talik, którego postanowiłam wypytać nie tylko o zespół i nową płytę, ale również o jego muzyczną przeszłość.


Rozmowa okazała się niezwykle ciekawa, tym bardziej, że Albin ma na swoim koncie grę w dziesięciu kapelach i solowy projekt, nad którym pracuje! To dużo jak na 29-latka! Zafascynowany muzyką stara się odnajdywać nowe i coraz ciekawsze dźwięki. Na co dzień dorabia w teatrze i kilka dni w tygodniu pracuje w sklepie fryzur alternatywnych.

 

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ Z KONCERTU W LIZARD KINGU

30 lipca to dość nietypowa nazwa. Co ona oznacza?
Albin: Na początku chciałem, żeby zespół nazywał się 29 lutego. Po angielsku byłaby to dość trudna do wymówienia i długa nazwa. I jakoś tak od 29 lutego doszło do 30 lipca. Miało brzmieć jak najtrudniej.

Członkowie zespołu The 30th of July uważają, że w muzyce nie powinny istnieć żadne granice. Co macie przez to na myśli?

– Najłatwiej to wytłumaczyć, przytaczając takie muzyczne postacie jak Frank Zappa, David Bowie czy Mike Patton z Faith No More. Oni właśnie przekraczali muzyczne granice.
Dla nas przekraczaniem granic jest poszerzanie swoich horyzontów, poszukiwanie dźwięków i zabawa z innymi, mniej typowymi instrumentami. Dlatego zacząłem grać na różnych przeszkadzajkach i harmonijkach. Coraz częściej przywożę z wakacji dziwne instrumenty. Teraz poluję na sitar. Nigdy nie miałem go w rękach, ale chcę go kupić i nauczyć się na nim grać. To są zupełnie nowe dźwięki. Zaczyna mnie kręcić inne brzmienie.

Podczas premierowego koncertu wspierali was muzycy grający właśnie na takich mniej typowych instrumentach. Co to za ludzie?

– Pierwszym jest Marcin Urzędowski, którego znałem już wcześniej jako bardzo dobrego bębniarza. Zaproszenie go do współpracy to był pomysł Tobiasza, który ma z nas wszystkich największą zajawkę na orient. Te dźwięki świetnie wpasowały się w nasz klimat. Marcin zagrał też w pierwszym numerze na naszej płycie. Żałujemy że tylko w pierwszym i mamy nadzieję, że na kolejnych płytach będzie go więcej. Kolega grający na saksofonie to Bartek Wilk. To jest pewnego rodzaju eksperyment. Przypadkiem znalazł się na naszej próbie. Nie chcę, żeby gitara dominowała płytę. Chcę tworzyć klimat innymi instrumentami.

Waszą muzykę określacie mianem eksperymentalnego/progresywnego rocka. Nie uważasz, że dziś zbyt dużo kapel tak się określa? Co oznacza dla ciebie eksperymentalny/progresywny rock?

– Nazwa granej muzyki pojawia się dlatego, że trzeba mieć jakieś określenie. My gramy muzykę lżejszą, ale klimatyczną. Jestem między innymi fanem starej muzyki, np. Beatlesów i muzyki hip-hopowej. Staram się to ze sobą łączyć. Dotychczas grałem na gitarze ciężkie dźwięki. Teraz zacząłem grać bardziej klasycznie. To zmienia podejście do muzyki. Nie grasz już riffów, bardziej akordy. Cieszę się z tej ewolucji. Nie chcę grać dla ludzi, chcę grać dla siebie. Dlatego to nie ludzie mają mi dyktować, jak grać. Jakby tak było, nagrywalibyśmy cały czas takie same płyty. My na pewno tego nie chcemy.

Twierdzicie, że ogromny wpływ na waszą muzykę ma azjatyckie kino, książki Kafki i Bukowskiego czy malarstwo Boscha i Moneta. Na czym polegają te wpływy?
– Takie rzeczy mają większy wpływ na muzykę niż inna muzyka. Razem z Tobiaszem jesteśmy fanami kina azjatyckiego, które jest zupełnie inne niż amerykańskie czy europejskie. Niedawno podczas dni azjatyckich w Teatrze Groteska przyjechała na występ grupa muzyków z instrumentami z Indonezji. Dźwięki, które grali dla mnie jako dla Europejczyka były zupełnie poza jakąkolwiek skalą.  Dla laika byłby to totalny fałsz. To jest zupełnie inna kultura, bardzo ciekawa i bogata.
Kino, książki czy malarstwo otwierają w człowieku jakąś wrażliwość. Czasem przeglądam albumy Chagalla czy Van Gogha, a potem moje emocje przelewam w muzykę.

Czy jest jakiś konkretny przekaz, z którym staracie się dotrzeć do odbiorcy, czy raczej skupiacie się na tekstach emocjonalno-prywatnych?

– Gram muzykę po to, żeby zabijać jakieś swoje demony i dawać ujście swojej energii. Tak samo jak wokalista. Dlatego te teksty są jakie są – mówią o naszym życiu, naszych emocjach. Dlatego też nasza okładka jest czarno-biała, bo w naszym życiu wydarzyło się wiele czarno-białych rzeczy.
Ale myślę, że następna płyta będzie kolorowa.

Swoja debiutancką płytę nagrywaliście prawie rok. Czemu tak długo?
– Bo nagrywaliśmy ją w wolnym czasie realizatora. Taki był układ. Jak miał coś ważniejszego, przepadał nam termin. Samo nagranie zajęło nam około dwa miesiące.

Czemu wydaliście ją akurat w Spook Records?

– Naszym targetem był zachód. Płyta jest nagrana po angielsku i doskonale brzmi. Ale w Stanach takie brzmienie to standard. Niektóre wytwórnie nam odpisywały, między innymi jedna metalowa. Nasza muzyka bardzo im się spodobała, ale chcieli żebyśmy grali ciężej. Jednak my tego nie chcieliśmy. Postanowiliśmy więc skorzystać z niezależnej wytwórni Spookiego.

Chęć zaistnienia na zachodzie to powód nagrania płyty po angielsku?
– Na pewno nie tylko, choć rzeczywiście polski język zablokowałby nam pójście na zachód.
Przyznam, że ja nie słucham polskiej muzyki. Wszystkie moje ulubione zespoły są anglojęzyczne. Tobiasz też raczej nie chce śpiewać po polsku. Lepiej się czuje, śpiewając po angielsku. Podejrzewam, że jakbyśmy przetłumaczyli nasze teksty na polski i tak je zaśpiewali, brzmiałyby śmiesznie. Język angielski brzmi melodyjniej. Polski jest piękny, ale w naszej muzyce preferujemy angielski.
Teraz natomiast przygotowujemy numery po chińsku.

Które znajdą się pewnie na kolejnej płycie?

– Tak. Mamy już jakieś zalążki numerów, ale one cały czas zmieniają charakter. Na nowej płycie na pewno będzie mniej ciężkiej muzyki. Pierwszy numer, który otworzy krążek, będzie najcięższym numerem, jaki zrobiliśmy.

Kawałek „Decompression” został wykorzystany w ścieżce dźwiękowej do filmu skateboardowego „Emerica – the gold rookie finals”. Macie jakieś związki ze środowiskiem skateboardowym?
– Nasz gitarzysta Piotrek jest skatem. Ja z Tobiaszem pracowaliśmy kiedyś w firmie Techramps, zajmującej się produkcją, składaniem i modelowaniem ramp. Stąd mamy wiele znajomych i przyjaciół skate’ów. Sam na desce nie jeżdżę ze strachu o moje dłonie. Kontuzja ręki byłaby dla mnie koszmarem.

To zrozumiałe, muzyka to w końcu twoje życie. Grałeś w masie zespołów. Jak to się wszystko zaczęło i kiedy?
– 10 lat temu. Miałem wtedy 19 lat. Słuchałem cięższej, rockowej muzyki, oglądałem teledyski – wtedy takiej muzyki było w mediach więcej niż dziś. Słuchało się takich kapel jak na przykład Biohazard czy Rage Against The Machine. Na pewno wpływ na mnie miał również mój starszy brat, który grał na gitarze. Słuchał bardzo ciężkiej muzyki, między innymi Cannibal Corpse. Więc ja też jej automatycznie słuchałem. Z czasem znalazłem swój własny światek, czyli muzykę hardcorową. Wtedy była pozytywna epidemia tej muzyki. Tak się to zaczęło i trwa do tej pory. Przez te lata zakładem i grałem w wielu zespołach. Pierwszy był Scarecrow. Nie umiałem wtedy w ogóle grać na instrumencie. To był 1999 rok. Graliśmy covery Limp Bizkit, Korna czy Deftones. Wokalista był zafascynowany taka muzyką. Zagraliśmy w Krakowie parę udanych koncertów u boku Wu-Hae. Ogólnie mam miłe wspomnienia z tego okresu.
Po roku gra w Scarecrow zaczęła mnie nudzić. Zacząłem tworzyć swoją muzykę, bardziej osobistą, będącą zapisem emocji, które ze mnie wypływały i które musiałem wyrzucać na zewnątrz. I tak Scarecrow przekształcił się w Scumbag, zespół, z którym jak na tamte czasy zamieszaliśmy troszkę. To była bardzo brutalna muzyka. Wiele udanych koncertów, nagrody na festiwalach, pierwsze nagrane demo w krakowskim Green Studio. W pewnym momencie mieliśmy trzech wokalistów: Gooraza, Kamila Moceta i Bryzola. Grał z nami wtedy obecny pałker The 30th of July – Krzysztof Wierciak. Mam nawet pamiątkę z tego okresu. Tatuaż logo zespołu na ręce.

Czemu Scumbag się rozpadł?
– Jak to zwykle bywa mieliśmy problemy ze składem. Nasz perkusista nie chciał już grać ciężkiej muzyki. Ja w tym samym czasie grałem w kilku innych składach, m.in. w Moldzie – kapeli bardziej komercyjnej. Jeżdżenie do studiów nagrań zabierało mi dużo czasu.

Wolałeś grę w Mold niż w Scumbag?
– Nie o to chodzi. Najtrudniejszą rzeczą podczas gry w zespole, który składa się powiedzmy z pięciu osób, są relacje pomiędzy tymi osobami. Nie znalezienie wytwórni, chociaż to też jest trudne, nie akcje reklamowo-promocyjne, ale porozumieć się miedzy sobą. Są to przyjaciele, a mimo to czasem jest bardzo ciężko, jak w związku.

Jak zaczęła się twoja współpraca z Moldem?
– W 2003 roku graliśmy ze Scumbag koncert w klubie Studio. Po tym gigu dostałem propozycję grania w Moldzie. Była to dla mnie ciekawa rzecz, swojego rodzaju wyzwanie, ponieważ nie słuchałem takiej muzyki i nie umiałem jej grać. Jak się okazało, zgrywaliśmy się bardzo dobrze i szybko zrobiliśmy materiał na płytę. Tak naprawdę to w tej kapeli wszystko działo się tak, jak powinno. Mieliśmy własną salkę, sprzęt, kontrakt z wytwórnią, mnóstwo wywiadów, występy w telewizji, nagrywaliśmy numery w najlepszych polskich studiach nagraniowych, poznaliśmy najlepszych realizatorów i gwiazdy muzyki komercyjnej, takie jak Sistars, Kombi, Ich Troje, Kasię Kowalską czy Komety; ogólnie cały show-biznes. Nagraliśmy klip w Dąbkach nad morzem.

Czemu więc odszedłeś?
– Generalnie wszystko było okej do czasu, gdy pojawiła się propozycja grania z playbacku. Syf! Nie po to siedziałem po siedem godzin dziennie, często po nocach, rezygnowałem z imprez czy spotkań ze znajomymi, bo chciałem jak najwięcej grać na gitarze, żeby potem ktoś kazał mi grać z playbacku. Dla mnie było to nie do przejścia. Bo po co ja niby mam być na tej scenie? Postanowiłem zrezygnować. Reszta zespołu była tą sytuacją mocno rozgoryczona, bo akurat ustalaliśmy trasę po Niemczech jako support kapeli Evanescence.

Po drodze było jeszcze kilka innych składów?
– Bywało tak, że grałem w kilku składach na raz. W pewnym okresie nawet w czterech. W 2000 roku grałem przez chwilkę w Corozone. Chłopaków poznałem przez mój pierwszy zespół i zaprzyjaźniliśmy się. Byłem fanem Corozone, mam ich oryginalne płyty. Gościnnie zagrałem z nimi parę prób. Jestem też współautorem numeru „Unicorn”, który swego czasu namieszał na playliście Radiostacji. Do dzisiaj utrzymuję kontakt z wokalistą Krzyśkiem Zagajewskim, który niestety wyjechał do USA. To były fajne, imprezowe czasy. W tamtym okresie krakowska scena hardcore była naprawdę mocna zróżnicowana i co za tym idzie bardzo ciekawa. W tym samym czasie grałem też w Another Born, zespole mojego kumpla, doskonałego instrumentalisty – Mateusza Szpetkowskiego. Niestety praca nad płytą zespołu Mold uniemożliwiła mi granie w tej kapeli.
Z kolei w Downfloor, zespole moich młodszych kumpli, grałem na perkusji. Mieliśmy sporo swojego stuffu plus covery Sepultury. Brzmiało to „fatalnie”, ale wszyscy mieliśmy ubaw i ogromna satysfakcję.
Jednak moje życie zmieniło się całkowicie, gdy poznałem Tobiasza Targosza. To on wciągnął mnie do składu Middle Finger. Na pierwszej próbie zrobiłem z osiem numerów i ruszyliśmy do przodu. To były piękne czasy. Mnóstwo ludzi przychodziło na koncerty hardcore. Zabawa, tańce, ludzie śpiewali numery. Tobiasz dostawał dużo ofert zagrania koncertów – od takich kapel jak np. Skangur czy O.N.A. Zagraliśmy wtedy trochę udanych gigów.

Ale znów opuściłeś kolejną kapelę. Czemu?
– Kiedy nagrywaliśmy płytę w studiu u Jarka Barana, padła propozycja nagrania od wielkiej wytwórni muzycznej. Poszliśmy na spotkanie i usłyszeliśmy, że kapela ma wielki potencjał. Wytwórnia chciała jednak zmienić naszą muzykę – tu numer po polsku, tu lżej, tu wplatamy jakąś gitarę. Nie chcieliśmy tego. Puściłem im kasetę Machine Head, żeby pokazać, o jakie granie nam chodzi. Oni wtedy rozłożyli ręce i stwierdzili, że się nie dogadamy. Więc wyszedłem, ale większość zespołu została. Tak kapela się rozpadła.
Odszedłem z Molda, bo miałem dosyć komercyjnego klimatu. Poznałem co prawda wspaniałych ludzi, odwiedziłem najlepsze studia, na pewno wiele się nauczyłem. I to mi bardzo dużo dało. Ale według mnie niektórzy przedkładali sławę i pieniądze ponad fascynacje muzyką i własne emocje. Dlatego zacząłem grać z Tobiaszem. I nagle sytuacja zaczęła się powtarzać. Odszedłem z zespołu, którego miałem dosyć, bo stawał się coraz bardziej komercyjny, do zespołu metalowo-hardcorowego, który z kolei bardzo chciał być komercyjny. Nie mogłem tego zrozumieć. Nie po to uciekłem z Molda, by grać w kolejnej komercyjnej kapeli.

Wtedy postanowiliście założyć z Tobiaszem Viollettę Villazz?
– Zabawna historia, bo mieszkaliśmy wtedy w domu babci Tobiasza. Mieliśmy magnetofon i tylko jedną kasetę do słuchania. Była to właśnie pani Violetta. Nazwa przyszła wiec naturalnie. Skład zespołu też był zajebisty. Pałker Atrophi Red Sun, basista Reigncarnation, no i na drugim wokalu Gooraz. Tobiasz grał wtedy w jazzowym projekcie Świnie w kosmosie i postanowił skupić się na tym właśnie składzie. My z VV nagraliśmy płytę. Graliśmy masę koncertów po całej Polsce. Jednak dzień po nagraniach partii wokalnych na kolejną płytę Goorazz wyjechał za chlebem na wyspy. Nowym wokalem został Deadi. Zaczęliśmy robić materiał, po czym nasz perkusista musiał wyprowadzić się do Radomia. To jest kawał drogi od Krakowa, więc bardzo rzadko graliśmy próby. Automatycznie zaczęło się coś psuć.
Mamy przygotowaną prawie całą płytę. Ciągle mam nadzieję, że kiedyś ją nagramy.
Chociaż z drugiej strony ja całkowicie zmieniłem swoje podejście do muzyki.

Na jakie?
– Mniej hardcorowej nuty. Lubię taką muzykę, ale zaczynam się fascynować innymi klimatami. Ja ogólnie jestem zmiennym człowiekiem i trudnym we współpracy. Staram się jednak osiągać jakieś cele. Wypływa ze mnie dużo muzyki.

Na jakim etapie jest solowy projekt, nad którym pracujesz?
– „Waiting for” to projekt, który powstał w Zakopanem. Byłem wtedy pod ogromnym wpływem zespołu Blind Melon, który zresztą nadal uwielbiam. Zakupiłem gitarę akustyczną, harmonijkę kazoo, karimbu i masę innych instrumentów i przeszkadzajek.
Zawsze marzyłem, by nagrać solowy album. Powoli się do tego przymierzam. Weekendy spędzam na wsi, gdzie w ciszy komponuję nowe kawałki. Nagrywam wszystko domowymi sposobami. Chciałbym też zaprosić do współpracy paru znanych muzyków. Zobaczymy, co pokaże czas. Mam już kilka pozytywnych odpowiedzi.
Muzyka na tym albumie będzie zupełnie inna niż wszystko, co do tej pory zrobiłem. Większość kompozycji będzie akustyczna, spokojna, uzupełniona dźwiękami natury. Pojawi się też sporo elektroniki.
Na razie skupiam jednak całą swoją uwagę na The 30th of July.

Oprócz muzyki fascynują cię tatuaże. Czym jest dla ciebie tatuaż i czyje prace nosisz na swoim ciele?
Tatuaż jest dla mnie znakiem czasu, skokiem w przeszłość. Przypomina mi młodość. Mój pierwszy w życiu tatuaż zrobiłem, kiedy miałem jakieś 19 lat.  Ponieważ odkąd pamiętam, chciałem mieć tatuaże, uzbierałem kasę i poszedłem do studia Jocker. Był to napis na brzuchu „Change” autorstwa Szczoty. Napis miał mi przypominać, że wszystko w życiu się zmienia. Następne tatuaże robiłem u Kamila Moceta, Pawła Lewickiego i Robsona. Obecnie oddaję ciało Piotrowi Dedelowi „Deadiemu”. Niektóre moje dziary coś znaczą, inne nie. Na karku mam na przykład twarz kobiety z japońskiego filmu grozy, bo uwielbiam kino azjatyckie. Moją prawą nogę poświęcam całkowicie muzyce. Na razie mam tam okładkę Pantery i gitarzystę Bucketheada. Na pewno zrobię sobie jeszcze dziarę The Beatles i zespołu Morcheeba, w którym gra mój ulubiony gitarzysta Ross Godfrey. Może też The 30th of July… Kto wie… Na razie planuję pokończyć wszystkie wzory. Przyznam, że wiele mam zaczętych i troszkę mnie to denerwuje.
Co ciekawe, ludzie, którzy robili na mojej skórze swoje pierwsze wzory, są teraz gwiazdami tatuażu. Mam na sobie m.in. pierwszą dziarę Kamila Moceta I pierwsze wzory Deadiego.

Rozmawiała KaśkaHCT

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ Z KONCERTU W LIZARD KINGU

Historia gry Albina w zespołach:

* Scarecrow – 1999-2000
* Scumbag – 2000-2003
* Downfloor – 2000-2001
* Another Born – 2000-2001
* Infamia Z.G.W.S. – 2001-2002
* Corozone – 2002-2002
* Mold- 2003-2005
* Middle Finger – 2004-2005
* Violletta Villazz – 2006-…
* The 30th of July – 2006-…
*  Waiting For – 2006…

Nagrane płyty studyjne:
* Scumbag „Demo” (2002)
* Mold „Alchemia” (2004), Universal Music Polska
* Violletta Villazz „Violletta Villazz” (2007), wydana własnymi siłami
* The 30th of July „Demo” (2008)
* The 30th of July „The 30th of July” (2009), Spook Records

The 30th of July
Zespół powstał w lutym 2006 roku. Dwa lata później nagrali demo i swoją debiutancką płytę „The 30th of July”. Ta ostatni została nagrana w studiu Gorycki&Sznyterman, wyprodukowana przez Jarka Barana i wydana w niezależnej wytwórni Spook Records. W skład zespołu wchodzą: Tobiasz Targosz – wokal, Albin Talik – gitara, Piotr Mierzwa (Żylek) – gitara, Jakub Leśniak (Ślimak) – bas, Krzysztof Wierciak (Mrówa) – perkusja.
Więcej: www.myspace.com/the30thofjuly

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *