Born Anew: Nie bawimy się w nawracanie

Pin It

Początki zespołu Born Anew sięgają 2005 roku, gdy dwóch gitarzystów Piotrek i Janek postanowiło założyć zespół z damskim wokalem. W związku z tym po pewnym czasie do ekipy dołącza Mycha ze swoim potężnym głosem. Pod koniec 2006 roku szeregi Born Anew zasila pałker Krzysiek, a na początku 2007 – basista Seba. Wtedy zespół zaczyna tworzyć spójną całość.

Dobrze dobrany skład i konkretnie wytyczone cele owocują wiosną 2008 roku, kiedy zostaje nagrana płyta demo. Od tego czasu zespół dużo koncertuje i szybko staje się rozpoznawalny na polskiej scenie hardcore/punk. Równo rok po płycie demo zespół wydaje płytę „No more days like yesterday”. Świetnie nagrany materiał zostaje doskonale przyjęty przez słuchaczy.
Poniżej przedstawiamy wywiad z zespołem przeprowadzony przed koncertem w krakowskim Imbir Club.

 

Born Anew, czyli narodzeni na nowo…

Mysza: Wymyślaliśmy dużo różnych nazw, ale ostatecznie przyjęło się Born Anew. Był to właściwie pomysł Janka. Spojrzał na naszą kapelę z boku i stwierdził, że to najbardziej do nas pasuje. I tak zostało. Dopełniamy się nawzajem. Każdy ma swoją przeszłość, ale w kapeli narodziliśmy się na nowo. Nie miało to być jednak jakieś mocne przesłanie.

Zespół został założony przez Piotrka i Janka. Od początku mieliście jakiś pomysł na kapelę czy było to bardziej spontaniczne?

Piotrek: Grałem z Jankiem wcześniej przez krótki czas w innym zespole. Już wtedy myśleliśmy nad stworzeniem jakiejś kapeli. Stało się to, kiedy poznaliśmy odpowiednich ludzi. Kapela złożyła się jak na zawołanie. I tak trzymamy się do teraz. Chcieliśmy zrobić coś, co by sprawiało nam frajdę. Stworzyć dobrany zespół – nie taki, w którym każdy jest z innej parafii. Żeby nie było w zespole osób, grających w nim z braku innych zajęć w życiu. Chcieliśmy, aby każdego jarała gra i żeby każdy miał coś w zespole do powiedzenia. Żeby po prostu czuł się w nim dobrze.

Czasem świetne zespoły znikają po wydaniu dobrego albumu.

Mysza: My tak szybko nie znikniemy!

Sebastian: Niektórym mija po prostu zajawka. Czasem źle się dogadują między sobą. Żeby dobrze grać, trzeba włożyć w to trochę wysiłku, ponieść pewne wyrzeczenia Trzeba przede wszystkim dużo ćwiczyć. A niektórzy zamiast na próbę wolą iść na imprezę.

Może właśnie dzięki zaangażowaniu zrobiliście szybko dobry materiał.

Mysza: Dobrze to słyszeć. Nam też się ten materiał podoba. Ale tak naprawdę to, czy on jest dobry, muszą ocenić nasi słuchacze.

Mają okazję, bo gracie bardzo dużo koncertów.

Janek: Takie założenie było od początku. Założyliśmy tę kapelę po to, żeby grać koncerty. Przez dwa lata graliśmy tylko w sali prób, żeby osiągnąć poziom, który nie byłby obciachowy. To było dla nas bardzo istotne. Najpierw zrobiliśmy demo, a potem dopiero zagraliśmy nasz koncertowy debiut. Zwykle jest odwrotnie, ale my wymyśliliśmy sobie, że fajnie będzie, jak najpierw ukaże się materiał, który będzie miał ręce i nogi. Koncerty miały być przypieczętowaniem pewnej pracy. Z góry zakładamy sobie jakieś cele. Założyliśmy sobie m.in., że rok po demie ukaże się płyta. I na razie wszystko idzie zgodnie z planem. Nie chcemy popaść w marazm. Nie chcemy dopuścić do tego, aby wszystko się gdzieś rozlazło.

Z pierwszą płytą trafiliście do warszawskiego studia nagrań Mustache Ministry. Dlaczego akurat tam?

Piotrek: Dużo gadam z Czają na temat muzyki. Od niego się uczę i to dlatego on został naszym realizatorem. To przyszło naturalnie. Mieliśmy dużo czasu, aby nagrać płytę tam, gdzie chcemy i aby podjąć decyzję, jak ma ona wyglądać.

Mysza: W studiu mieliśmy naprawdę dużo czasu. Akurat tyle, ile potrzebowaliśmy, aby płyta brzmiała tak, jak chcemy. Nie spinaliśmy się, nie spieszyliśmy. Wszystko miało być zagrane tak, jak trzeba. Być może właśnie dlatego wybraliśmy takie studio a nie inne.

Dzięki oryginalnemu wokalowi Mychy często jesteście porównywani do Walls of Jerycho. Nie drażni was to?

Sebastian: Porównują nas chyba dlatego, że mamy wokalistkę.

Mysza: Ja to odbieram jako komplement. Miło jest coś takiego usłyszeć. Ale zależy co masz na myśli: chodzi o wokal czy o brzmienie?

Najczęściej spotykam się z porównaniem głosu. Na polskiej scenie nie ma wielu kapel z takim wokalem.

Mysza: Nie po to trzy lata uczyłam się wokalu, aby śpiewać jak Candace Kucsulain. Chciałam wypracować swój styl, ale to nie przychodzi od razu. Zresztą śpiewu uczę się nadal. Inaczej nie dałabym rady.

U kogo się uczysz?

Mysza: U Tadeusza Komandora. To jest człowiek, który zajmuje się muzyką i uczył śpiewu dużo sław. Od Sistars poprzez Patryka z Sunrise czy Kayah. W wynajętym pomieszczeniu prowadzi indywidualne zajęcia.

W waszych tekstach jest dużo emocji i konkretne podejście do życia. Bez kompromisów. Skąd się to bierze?

Mysza: Tak naprawdę teksty zależą od wielu czynników. Teraz są inne, na demo były inne. Ewoluują. Oczywiście zależą też od danego numeru. Bardzo ciężko jest postanowić, że teraz napiszę tekst o czymś konkretnym, jeśli nie pasuje on do muzyki.

Ale przekaz pozostaje raczej zaangażowany.

Mysza: Jasne, że staramy się coś przekazywać. Jednak nie chcemy się bawić w nawracanie i mówienie na przykład, że niejedzenie mięsa jest najlepszym wyborem. Chcemy raczej pokazywać to, jak my żyjemy i jak odbieramy świat.

Janek: Ewentualnie chodzi o zwrócenie uwagi na jakiś problem i zmuszenie do zastanowienia – aby nie podążać za opinią całego społeczeństwa. Czasami trzeba stanąć, zastanowić się nad czymś, zobaczyć to z innej strony. Fajnie jeżeli zabawa, jaką jest chodzenie na koncerty, wiąże się z włączeniem szarych komórek, myśleniem o czymś więcej niż kopnięcie z półobrotu.

Mysza, śpiewasz po angielsku. Dlaczego?

Mysza: Chodzi tu przede wszystkim o melodyjność tego języka. Chcieliśmy również uderzyć za rubieże. Poza tym jest to bardziej uniwersalny język.

Janek: Przez te wszystkie gwiżdżące “sz” i “cz” polski trudniej jest dopasować do myśli. Po polsku trzeba umieć pisać. Nie chodzi o to, że po angielsku nie, ale jest łatwiej. Konkretnego braku umiejętności w pisaniu tekstów nie da się ukryć za angielskim, np. rymów częstochowskich. Ale jest łatwiej powiedzieć coś bardziej uniwersalnie, nie bezpośrednio, a do tego nie banalnie. Angielski jest też językiem bardziej miękkim i ma mniej sylab w wyrazach przez co pasuje do muzyki rytmicznej. Co za tym idzie, jest lepszy w przypadku dzielenia tekstu pod perkusję.
Jednak moim zdaniem nie jest ważny język. Ważne jest to, aby tekst był szczery.

Pojawiają się już propozycje koncertów poza granicami kraju?

Mysza: Żeby było jasne, nie jest tak, że naszym zamysłem było, aby pisać po angielsku i grać za granicą. Oczywiście takie plany mamy, ale propozycji jeszcze nie.

Piotrek: To jest tak: po to pracuje się nad czymś, aby otrzymać za to nagrodę. W przypadku grania hardcora są to koncerty. I fajnie, jeżeli zdarzają się także koncerty za granicą. Z graniem zagranicznych koncertów wiąże się jednak to, że trzeba być już znanym przynajmniej u siebie w kraju, aby tam ktoś w ogóle wiedział, że taki zespół istnieje.

Janek: Jeżeli chodzi o polskie kapele niezależne grające zagranicą, to wiele zależy też od kontaktów towarzyskich. Gra się na przykład koncert w Polsce z jakąś kapelą niemiecką. Potem ugadujemy się z nimi na wymianę gigów, noclegów itp. Dzięki takim koncertom i znajomościom można niewielkim kosztem pozwiedzać dużo ciekawych miejsc.

Macie już sprecyzowane kolejne plany wydawnicze?

Mysza: Mamy kolejne plany, realizujemy rodzące się pomysły, ale o tym na razie cichosza.

Zauważyłem na waszej stronie baner organizacji PETA. Jesteście zespołem wege a może propagujecie przestrzeganie praw zwierząt?

Mysza: Nigdy nie ukrywaliśmy, że przestrzeganie praw zwierząt jest nam dość bliskie. Nie jesteśmy natomiast kapelą wege, jak to nazwałeś. Są wśród nas i tacy, którzy jedzą mięso, są tacy, którzy czynnie wspierają różne organizacje prozwierzęce.

Janek: Wegetarianizm i wszystko co jest z tym związane traktujemy bardzo indywidualnie. Są to sprawy istotne, sprawy, które nam towarzyszą w codziennym życiu. I naturalne jest to, że jeśli ktoś jest zainteresowany naszym punktem widzenia w tym temacie, zawsze chętnie pogadamy, powymieniamy poglądy. Zespół, piosenki i koncerty mają właśnie tę zajebistą zaletę, że możesz ze sprawami dla ciebie ważnymi wyjść poza swoje „podwórko”, dotrzeć do osób, których normalnie nie miałbyś szans poznać.

KUP PŁYTĘ „No more days like yesterday”

www.myspace.com/bornxanew

Rozmawiali: Kaśka & Ernest

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *