Rosyjski punk rock w „Białej gorączce”

Pin It

„Pit skończył filozofię i teologię na Uniwersytecie Moskiewskim. Prosi, żebym nie pisał, jak się nazywa. Razem ze swoją punkową grupą Thed Kaczynski (od nazwiska amerykańskiego terrorysty Unabombera) zeszli do podziemia. Koncertują tylko na zamkniętych imprezach dla fanów, a na zdjęciach w internecie mają zasłonięte twarze”. Jacek Hugo-Bader w książce „Biała gorączka”, w której opisuje postsowiecką rosyjską rzeczywistość, nie pominął również rosyjskiej sceny niezależnej.


„Ma zaledwie dwadzieścia dwa lata, a jest „wrogiem rasy numer jeden” i od czterech lat żyje z wyrokiem śmierci wydanym przez moskiewskich faszystów. Rzecz jasna, nie tylko dlatego, że jego matka jest Koreanką, a ojciec pochodzi z Kaukazu. Pit jest ikoną wszystkich moskiewskich punków, członków organizacji antyfaszystowskich, pacyfistycznych, ekologicznych, antyglobalistycznych i anarchistycznych” (fragment).

W rozdziale „Wściekłe psy” oprócz Pita poznajemy też Sida, lidera punkowej grupy Tarakany, Walierija i jego rockowo-folkową grupę Iwan Carewicz, a nawet Siergieja Troickiego, założyciela heavymetalowego, radykalnego zespołu uwielbianego przez skinów i faszystów Korozja Metalu. Razem z Hugo-Baderem odwiedzamy także piwniczny Klub Jerry’ego Rubina, miejsce spotkań moskiewskiej Antify.

„Biała gorączka” to efekt niesamowitej podróży, którą Hugo-Bader odbył w zimie 2007 roku. Samotnie przejechał 13 tysięcy kilometrów z Moskwy do Władywostoku rozpadającym się ruskim łazikiem. Reportażysta ukazał kraj widziany z trasy. Z opowieści wyłania się smutna, rosyjska rzeczywistość pełna absurdów, korupcji, wódki i ubóstwa. Rzeczywistość szara, czasem śmieszna, czasem przerażająca. Co ciekawe, swoje obserwacje Bader konfrontuje z fragmentami „Reportażu z XXI wieku”, radzieckiej wizji przyszłości z 1957 r.

W październiku 2008 w krakowskim Klubie Pod Jaszczurami miałam okazję podpytać autora o wrażenia z Rosji. Poniżej zapis naszej rozmowy (wywiad ukazał się w krakowskim „Echu Miasta”).


Katarzyna Ponikowska: Jak podróże do Rosji zmodyfikowały pana stereotyp Rosjanina?
Jacek Hugo-Bader:
Było za komuny takie powiedzonko „głupi jak ruski generał”. Każdemu Rosjaninowi mówię o tym. Oni pytają, dlaczego. „Kurna! Bo was nie lubiliśmy!” I dalej opowiadam, że teraz to się zmienia, bo nie są już naszymi okupantami. „Ja teraz przyjeżdżam do was i widzę, że jesteście fajni, dobrzy ludzie, którzy dostali po skórze od swojej strasznej sowieckiej władzy.” Dziękować Bogu, że ta komuna zdechła. Sowieckie imperium upada na moich oczach. Od samego początku obserwowałem to, opisywałem. To, że teraz mają droższą ropę, nie znaczy, że dobrze im się dzieje. Kraj jest w stanie rozkładu, co szczególnie mocno widać na prowincji. Teraz panuje pokraczna demokracja putinowska. Ludzie głosują na tego Putina i na wszystko narzekają. Ale najmniej na niego, mimo iż to on jest za to wszystko odpowiedzialny. To trochę taki fenomen jak nasz Marcinkiewicz. Dlaczego wszyscy go pokochali? Pan-nikt. Z nim jest trochę tak jak z Putinem, który robił po prostu mniej obciachu niż poprzednik – Jelcyn. Ale w okresie jelcynowskim był największy okres wolności i demokracji w państwie rosyjskim. Potem przyszedł Putin i buduje kraj taki, jaki buduje. Kocham Rosję, kocham Rosjan, ale mimo to zawsze z wielka ulgą stamtąd wracam.

– Mimo to zdecydował się pan na jeszcze bardziej ekstremalną przygodę. Podróż łazikiem z Moskwy do Władywostoku…
– Tam była masa zagrożeń. 13 tys. km w ekstremalnych warunkach pogodowych. Straszne mrozy, zawodny samochód. Cały czas w napięciu, co będzie, jak teraz auto wysiądzie? A ja sam, wokół pusto, głusza, ciemno, czarno, lodowato. Robi się tak strasznie na duszy.

– Nie bał się pan?
– Oczywiście, że się bałem. Byłem już na Syberii, więc wiedziałem, czego się spodziewać. Dlatego chciałem to zrobić. Widzi się rów, jest trochę za szeroki, ale człowiek myśli sobie, rozpędzę się i skoczę. Może się uda. Na takiej zasadzie tam pojechałem. A dziennikarsko? Najwyżej mi się się nie uda. Wtedy będę pisał jak mi się nie udało. To podróż jest ważna, a nie jej cel. Nie jest powiedziane, że trzeba do tego Władywostoku dojechać. Wystarczy do niego jechać. Zawsze warto zbłądzić. Po to mam samochód, żeby skręcić gdzie chcę. Był taki moment, że myślałem, że mi się rozsypał silnik. Wtedy to już tylko iść na autostop. Taki zresztą był mój plan awaryjny. Miałem świadomość, że mogę mojego „gruchola” porzucić kiedy chcę. Ale jakoś udało mi się nim dojechać i nawet go sprzedałem.
Pojechałem tam jako dziennikarz, a nie uprawiać sporty ekstremalne. To była droga do osiągnięcia dziennikarskiego celu. Robiłem to po to, żeby napisać fajne reportaże.

– Przywiózł pan kolejne cenne informacje o Rosjanach?

– Zawsze jest coś nowego. Dlatego ja nigdy nie chciałem być stałym korespondentem w Moskwie, mim iż miałem takie propozycje. Straciłbym świeżość. Straciłbym oko. Jak będę tam siedział, to do wszystkiego przywyknę. A tak za każdym razem jak jadę do Rosji, znów wszystko mnie dziwi. Znów muszę walczyć o życie, bo przechodzę przez ulicę. Tam idzie się po pasach i każdy chce cię przejechać.

– Przed wyjazdem na Syberię spał pan przy otwartym oknie i z wyłączonym ogrzewaniem, żeby przyzwyczaić się do mrozu. Jeszcze jakoś się pan przygotowywał?

– Ja zawsze jestem w gotowości. Dlatego uprawiam sport, dlatego się ruszam. Do uprawiania zawodu reportera potrzebuję sprawności fizycznej, odporności na niewygody. Jak jestem w pracy, jem dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Nauczyłem się robić sam zdjęcia, żeby nie mieć ze sobą fotografa, który na przykład zgłodnieje w środku dnia albo powie, że teraz ma świtało i teraz musi tu zostać, robić zdjęcia. A ja mam ochotę jechać gdzie indziej. Cały świat zjechałem z nartami i łyżwami. Mam ochotę pojeździć na łyżwach po Bajkale, po 700 km pięknego, równego lodowiska? To to robię. Bo muszę mieć przyjemność z mojego zawodu, realizować swoje marzenia.

– Jak po takich wyprawach odnajduje się pan w polskiej rzeczywistości?
– Ciągle jestem myślami tam. To jest wolne wychodzenie z tamtego miejsca, szczególnie jeśli coś się pokochało. A ja mam łatwość szybkiego zakochiwania się w ludziach. Niektórzy mówią, że reporter nie powinien, że musi patrzeć chłodnym okiem. Ja jestem inny. Nawet w postaci, która wydaje się plugawa, staram się odnaleźć coś pozytywnego. Kiedy robiłem materiał o ubekach, znajomi pytali, czemu tak sympatycznie o nich piszę. A ja mówię: „Bo siedziałem z nimi, gadałem i wydali mi się fajni”. Zawsze bardzo staram się zrozumieć moich bohaterów. Próbować wejść w ich skórę, poczuć, co oni czują. Chcę mieszkać w ich domach, jeść to, co oni, nieważne czy są to potrawy dobre czy wstrętne, pobyć z nim najbardziej jak się da. Na szczęście mogę sobie pozwolić, żeby nie spieszyć się w swojej pracy. Mam umowę z „Gazetą Wyborczą” na sześć reportaży rocznie, ale nie zawsze udaje mi się wypełnić tę normę. Zwykle jak kupuje bilety, to powrotny jest bezterminowy. Mogę ustalić powrót, kiedy chcę.

 {googleAds}<script type=”text/javascript”><!–
google_ad_client = „pub-8321618055603731”;
/* 468×60, utworzono 09-01-18 */
google_ad_slot = „7635850052”;
google_ad_width = 468;
google_ad_height = 60;
//–>
</script>
<script type=”text/javascript”
src=”http://pagead2.googlesyndication.com/pagead/show_ads.js”>
</script>
{/googleAds} 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *